Syn po rozwodzie powiedział, że Iwona ma u mnie nie bywać. Ale to Iwona od dziewięciu lat wozi mnie do okulisty do Płocka i co roku rozlicza mi PIT. Dalej przyjeżdża, a syn mówi, że trzymam z obcą.

Iwona akurat wpisywała do laptopa kwotę z ostatniej faktury za leki, kiedy przez okno kuchni zobaczyłam srebrne auto Grzesia skręcające pod naszą furtkę.

- O Jezu - powiedziałam tylko.

Iwona podniosła głowę, spojrzała w okno i zbladła. Jej czerwona kia stała na podwórku, tuż przy bzie, nie dało się jej nie zauważyć. Na stole leżała moja teczka rozłożona w kupki: rachunki z apteki, zaświadczenie o niepełnosprawności, PIT z ZUS-u. Co roku w kwietniu tak siedziałyśmy. Iwona liczyła, ja parzyłam herbatę z cytryną i udawałam, że rozumiem, czym jest ulga rehabilitacyjna.

- Mam wyjść tylnymi drzwiami? - zapytała pół żartem, ale palce jej drżały nad klawiaturą.

- W moim domu nikt nie będzie wychodził tylnymi drzwiami.

Powiedziałam to twardo, a w środku miałam galaretę.

Grześ wszedł bez pukania, jak zawsze. W ręce trzymał siatkę z sadzonkami pomidorów, które obiecał przywieźć od kolegi z rafinerii. Stanął w progu kuchni, popatrzył na Iwonę, na laptopa, na moje rachunki. Postawił siatkę na podłodze tak ostrożnie, jakby była ze szkła.

- Dzień dobry, Grzegorz - powiedziała Iwona.

Nie odpowiedział. Patrzył na mnie.

- Mamo. Prosiłem cię o jedną rzecz. O jedną.

Iwona zamknęła laptopa, zgarnęła swoje okulary do etui i wstała.

- Dokończę w domu, pani Danuto. Wyślę wieczorem, niech się pani nie martwi.

"Pani Danuto". Przez osiemnaście lat mówiła do mnie "mamo". Przy nim powiedziała "pani Danuto" i to mnie zabolało bardziej niż wszystko, co miało się zaraz wydarzyć. Odprowadziłam ją wzrokiem do furtki. Nie trzasnęła drzwiami auta. Iwona nigdy niczym nie trzaskała.

Grześ usiadł na jej krześle, jeszcze ciepłym.

- Wiesz, co mi ciotka Halina powiedziała na imieninach u Wojtków? Że skoro nawet matka trzyma z Iwoną, to pewnie piłem. Albo gorzej. Cały Gąbin tak myśli. Trzymasz z obcą, mamo, a ja wychodzę na drania.

Pamiętam, jak w grudniu, tydzień przed Wigilią, siedział w tym samym miejscu. Rozwód dostali w listopadzie, bez orzekania o winie, szybko i po cichu. Zuzia została z matką, do ojca jeździ w weekendy. Grześ wynajął kawalerkę na Podolszycach, schudł, koszule prasował tak, że kanty szły w poprzek. Wtedy przy opłatku powiedział: "Iwona ma tu nie bywać. Jak chcesz Zuzię widzieć, to ja ci ją przywiozę". Nie kłóciłam się. Łamał opłatek i trząsł mu się podbródek jak wtedy, kiedy miał siedem lat i zgubił rower.

Tylko że Grześ nie wiedział, ile razy od tamtej Wigilii Iwona była w Płocku ze mną.

Dziewięć lat temu, rok po śmierci Zdzisława, zauważyłam, że płytki w łazience się wyginają. Proste fugi falowały jak woda. Okulistka w Płocku powiedziała "zwyrodnienie plamki, postać wysiękowa" i skierowała mnie na zastrzyki do oka w ramach programu. Najpierw co miesiąc, potem rzadziej, ale do dziś. Po kroplach rozszerzających świat wygląda jak przez mleko, o prowadzeniu nie ma mowy. Zresztą prawo jazdy zawsze miał Zdzisław, nie ja.

Pierwszy raz zawiózł mnie Grześ. Cztery godziny na korytarzu, telefon z rafinerii co dwadzieścia minut, bo coś się sypało na zmianie. Chodził w tę i z powrotem, wzdychał, patrzył na zegarek. W drodze powrotnej nie odezwał się ani słowem. Wieczorem zadzwoniła Iwona.

- Mamo, ja będę jeździć. Mam w biurze elastyczne godziny, Grzesiek ma zmiany. Szkoda, żeby się szarpał.

I jeździła. Najpierw starym fordem, potem tą kią. Zawsze kupowała po drodze dwie drożdżówki z kruszonką, jedną dla mnie, jedną dla siebie. Siedziała ze mną w poczekalni i czytała mi na głos ulotki, bo sama nie dawałam rady. Kiedy w piątym roku dostałam orzeczenie, powiedziała, że teraz to już na pewno trzeba mi rozliczać PIT, bo z ulgi na leki wraca kilkaset złotych. Jest księgową w biurze rachunkowym, dla niej to pół godziny. Dla mnie to był znak, że ktoś o mnie myśli, zanim ja sama pomyślę.

W samochodzie rozmawia się inaczej. Patrzy się w szybę, nie w oczy. Dlatego to właśnie w samochodzie, dwa lata temu w październiku, Iwona zjechała na parking przy Biedronce w Gąbinie, zgasiła silnik i się rozpłakała.

Teraz Grześ siedział naprzeciwko mnie i bawił się łyżeczką. Nagle ją odłożył.

- Mamo. Ty coś wiesz.

Nie zapytał. Stwierdził.

- Wiedziałaś wcześniej niż ja, prawda? Że ona odejdzie?

Słyszałam, jak kapie kran. Jak za oknem sąsiad odpala kosiarkę. Mogłam skłamać. Byłoby łatwiej. Ale miałam sześćdziesiąt osiem lat i całe życie za ladą w sklepie uczyłam się, że jak się raz klientowi źle wyda resztę, to już nigdy nie przyjdzie.

- Wiedziałam. Dwa lata temu. Powiedziała mi w aucie, że już nie daje rady. Że mieszkacie jak lokatorzy. Że ona coś mówi, a ty patrzysz w telewizor.

Grześ zacisnął dłonie na kolanach, aż zbielały mu kostki.

- I co? Ucieszyłaś się?

- Poprosiłam ją, żeby dała ci jeszcze rok. Żeby ci powiedziała wprost, nie półsłówkami. Żebyście poszli razem do kogoś, do poradni. Ona mnie posłuchała, Grzesiu. Przyszła z tym do ciebie.

Zobaczyłam, jak mu się zmienia twarz. Jak sobie przypomina.

- Mówiła coś o psychologu - powiedział cicho. - Myślałem, że się czegoś naczytała w internecie. Powiedziałem jej, że nam nic nie jest. Że wszyscy tak żyją.

- Wiem. Mnie też to potem powiedziała. W tym samym aucie.

Siedział długo bez słowa. Potem wstał, wziął kurtkę z oparcia i wyszedł. Sadzonki zostały na podłodze. Stałam przy furtce, aż jego auto zniknęło za zakrętem przy kościele, i nie wiedziałam, czy właśnie straciłam syna, czy tylko trochę go odzyskałam.

Dwa tygodnie nie dzwonił. Iwona przysłała wieczorem esemesa: "Wysłane. Zwrot przyjdzie na konto. Przepraszam, że przeze mnie". Odpisałam jej, żeby nie przepraszała, bo nie ma za co. Pomidory posadziłam sama, pod oknem, krzywo, bo grządkę widziałam jak przez firankę.

W czerwcu, w poniedziałek rano, zadzwonił telefon.

- Mama, który dzień masz Płock?

- Dwudziestego. Iwona miała...

- Wziąłem wolne. Ja cię zawiozę.

Zawiózł. Kupił po drodze drożdżówki, nie wiem skąd wiedział, że z kruszonką. Siedział trzy godziny w poczekalni i ani razu nie spojrzał na zegarek. Trzymał moją torebkę na kolanach jak coś bardzo cennego. Kiedy wyszłam z gabinetu z zalanym okiem, wziął mnie pod rękę, zanim zdążyłam o to poprosić.

W drodze powrotnej długo milczał, patrząc w szybę. Za Słupnem zapytał:

- Ona dalej ci robi te PIT-y?

- Robi.

- To niech robi. Ja się na tym nie znam. - Zmienił bieg, odchrząknął. - Ale do okulisty od teraz jeździmy na zmianę. Ja i ona. Ustawię sobie grafik. Tylko nie mów mi, kiedy jest jej kolej, dobra? Nie chcę wiedzieć.

- Dobra.

Nie pogodzili się. Pewnie już się nie pogodzą i może tak ma być. Ale w lipcu po raz pierwszy od rozwodu zobaczyłam na moim podwórku dwa auta jednego dnia, rano czerwone, po południu srebrne, i żadne z nich nie musiało wyjeżdżać tylnymi drzwiami.

Pomidory pod oknem urosły krzywe, ale słodkie. Podlewam je co wieczór i wiem, kto je przywiózł.