Siostra zabrała mamę na Boże Narodzenie do siebie pod Wrocław, "żeby nie była sama". W drugi dzień świąt szwagier wrzucił na Facebooka zdjęcie z nart w Szpindlerowym Młynie, całą rodziną. Zadzwoniłam do mamy. Odebrała z kotłowni, akurat dokładała do pieca.

- Halo? Gosia? Poczekaj, dziecko, bo mam łopatkę w ręce i nie mogę... - mama sapnęła w słuchawkę, coś zazgrzytało metalicznie, trzasnęły drzwiczki. - No. Już. Zamknęłam.

Stałam na zapleczu apteki, między kartonami syropów na kaszel, a przed oczami wciąż miałam zdjęcie, które pięć minut wcześniej wyskoczyło mi na telefonie. Darek, mój szwagier, w czerwonej kurtce. Obok Ewa z goglami na czole. Kuba i Ola z deskami pod pachą. Za nimi biały stok i podpis: "Szpindlerowy Młyn, rodzinka w komplecie!". Czterdzieści dwa polubienia.

Rodzinka w komplecie. Tylko gdzie na tym zdjęciu była nasza mama?

- Mamo, jaką łopatkę? Gdzie ty jesteś?

- W kotłowni. Dokładam, bo jak przegapię, to wygaśnie, a Darek mówił, że rano ciężko rozpalić.

- Jesteś sama?

Cisza. Słyszałam jej oddech - ciężki, urywany, taki jak po schodach. Osiemdziesiąt jeden lat i strome betonowe schody do piwnicy, które sama kiedyś nazwałam "na złamanie karku", kiedy Ewa oprowadzała nas po nowym domu.

- Gosiu, tylko się nie denerwuj. Ja sama chciałam.

Za drzwiami zadzwonił dzwonek nad wejściem. Pani Basia, moja koleżanka ze zmiany, zawołała: "Gosia, recepta na antybiotyk, dasz radę?". Dałam radę. Wydałam lek, wytłumaczyłam, co trzy dni, po jedzeniu, i przez cały ten czas ręce trzęsły mi się tak, że dwa razy upuściłam długopis.

Na początku grudnia Ewa zadzwoniła sama, pierwsza. - Gośka, ty i tak masz dyżury w święta, jak co roku. Wezmę mamę do nas pod Sobótkę. Żeby nie była sama.

Byłam jej wdzięczna. Naprawdę. Od rozwodu, czyli od dziesięciu lat, biorę w aptece całodobowej w Opolu wszystkie świąteczne zmiany. Dziewczyny z dziećmi mi dziękują, kierowniczka się cieszy, a ja nie muszę siedzieć przy wigilijnym stole z pustym krzesłem naprzeciwko.

Mama co roku spędzała święta u siebie na Zaodrzu, w bloku, z telewizorem i z opłatkiem, którym dzieliła się z sąsiadką z naprzeciwka. W tym roku miało być inaczej. W Wigilię Ewa przysłała mi zdjęcie: mama przy stole, barszcz z uszkami, Ola przytulona do jej ramienia. Popłakałam się wtedy na zapleczu z ulgi.

Teraz rozumiałam, że ta Wigilia była czymś w rodzaju zadatku.

Oddzwoniłam do mamy w przerwie, o szóstej. Tym razem siedziała już w kuchni.

- Pojechali o szóstej rano. Wracają trzydziestego - mówiła spokojnie, za spokojnie. - Darek mi wszystko pokazał jeszcze w Wigilię. Rano, po południu, wieczorem i raz w nocy. Nastawiłam sobie budzik na trzecią. Fiona śpi ze mną, to nie jestem sama, widzisz.

Fiona to ich pies. Mama ze swoim kolanem schodzi w nocy po betonowych schodach, żeby sypać węgiel do pieca zasypowego. A Ewa mówiła: "żeby nie była sama".

Do Ewy dzwoniłam cztery razy. Nie odebrała. Napisałam jej jedno zdanie, którego dziś się trochę wstydzę, i wyłączyłam telefon, żeby nie patrzeć, czy przeczytała.

Po ósmej wieczorem wsiadłam w samochód. Autostradą do Wrocławia, potem boczną drogą przez ciemne wsie, gdzie w oknach mrugały jeszcze choinki. Jechałam i układałam sobie w głowie wszystko, co wiedziałam, a czego wcześniej nie składałam w całość.

Że Ewa z Darkiem budowali dom na kredyt i gaz do ich ulicy do dziś nie doszedł. Że dwie zimy temu wyjechali na jeden weekend, mróz złapał rury i zalało im łazienkę - Ewa płakała wtedy przez telefon pół godziny. Że przez lata w czasie ich wyjazdów do pieca dokładała sąsiadka, pani Krysia. I że pani Krysia w zeszłym roku przeprowadziła się do córki do Legnicy.

Wiedziałam to wszystko. Po prostu nikt mi nie kazał tego dodać.

Z komina szedł gęsty dym, w kuchni paliło się światło. Fiona zaszczekała, zanim zgasiłam silnik. Mama otworzyła w polarze Darka, za dużym o trzy rozmiary, z uśmiechem, jakby przyjechała do niej wnuczka z niespodzianką.

- A co ty tu robisz o tej porze? Przecież masz pracę.

Potem zobaczyłam jej dłonie. Umyła je - widać było, że szorowała - ale w zmarszczkach przy knykciach i pod paznokciami został czarny pył. A na paznokciach czerwony lakier.

- Ola mi pomalowała w Wigilię - powiedziała, kiedy zauważyła, gdzie patrzę. - Ładnie, prawda? Zobacz, jak tu ciepło. Dwadzieścia trzy stopnie, sprawdzałam na termometrze.

Usiadłam przy stole. W kuchni pachniało bigosem i węglem jednocześnie.

- Mamo, oni cię tu zostawili jak stróża.

Mama odstawiła kubek z herbatą. Bardzo powoli, tak jak robiła to, kiedy byłyśmy z Ewą małe i któraś powiedziała coś, za co należało się poważne słowo.

- A u ciebie to bym nie była sama?

Nie odpowiedziałam.

- Dziesięć lat, Gosia. Dziesięć lat ty w każde święta w aptece, a ja na Zaodrzu z telewizorem. Opłatek z panią Zdzisią przez próg, bo ona też już ledwo chodzi. - Pokręciła głową. - Tu miałam Wigilię z wnukami. Kuba mi pokazywał na telefonie, jak się te deski zakłada. A teraz pilnuję im domu. Pierwszy raz od śmierci taty ktoś mi powiedział: mamo, bez ciebie nie damy rady.

- Do pieca, mamo. Nie dadzą rady do pieca.

- Do czegokolwiek, dziecko. Ty tego jeszcze nie rozumiesz. Do czegokolwiek.

Ewa oddzwoniła przed północą. Mama już spała, Fiona chrapała jej w nogach. Wyszłam z telefonem na ganek, na mróz.

- Wiem, co chcesz powiedzieć - zaczęła, zanim zdążyłam się odezwać. Głos miała zachrypnięty. - Darek wykupił ten wyjazd we wrześniu. Zaliczka bezzwrotna. Kuba za rok idzie na studia, Gośka. Ja mam pięćdziesiąt dwa lata i ani razu nie byłam z dziećmi na nartach. Ani razu. Pani Krysi nie ma, a za tamtą łazienkę spłacaliśmy się półtora roku.

- To trzeba było mi powiedzieć prawdę. Nie "żeby nie była sama".

Długo milczała. Słyszałam w tle muzykę i czyjś śmiech, pewnie z apartamentu obok.

- Mama sama zaproponowała. W Wigilię, przy stole. Powiedziała: jedźcie, ja wam popilnuję. I tak się ucieszyła, Gośka. Tak się ucieszyła, że ja już nie potrafiłam jej powiedzieć, że to był nasz plan od początku.

Tej nocy o trzeciej to ja zeszłam do kotłowni. Otworzyłam drzwiczki, żar buchnął mi w twarz, łopatka była cięższa, niż się spodziewałam. Sypałam węgiel i myślałam, że Ewa zostawiła mamę przy piecu, a ja zostawiałam ją przed telewizorem. Ewa przynajmniej czegoś od niej chciała. Ja od dziesięciu lat nie chciałam od mamy niczego, oprócz tego, żeby się o mnie nie martwiła.

Rano zadzwoniłam do Basi. Wzięła za mnie dwa dyżury w zamian za mojego sylwestra. Z mamą dokładałyśmy do pieca na zmianę - ona w dzień, ja w nocy, bo tego jednego nie dałam sobie odebrać.

Ewa wróciła dwudziestego ósmego wieczorem, dwa dni wcześniej. Darek był naburmuszony, dzieci zaspane, w bagażniku ich narty i nieodebrane noclegi. Ewa stanęła w progu kuchni z torbą czeskich wafli i spuchniętymi oczami.

- Przepraszam, mamo.

- A za co? - zdziwiła się mama. - Dom ciepły, pies nakarmiony.

Ewa spojrzała na mnie ponad jej głową. Nie wiem, czy jej wybaczyłam. Wiem, że kiwnęłam głową, a ona wtedy pierwszy raz od lat mnie przytuliła.

Dwudziestego dziewiątego odwiozłam mamę do Opola. W styczniu poszłam do kierowniczki i powiedziałam, że w tym roku nie biorę dyżuru ani w Wigilię, ani w święta. Pierwszy raz od dziesięciu lat. Potem zadzwoniłam do Ewy i zaprosiłam ich wszystkich do siebie. Przyjadą.

Mama, kiedy się dowiedziała, zmarszczyła brwi.

- Tylko żebyś mi nie kazała siedzieć jak gość. Pierogi lepię ja. I barszcz.

Zgodziłam się na wszystko. A kiedy dziś widzę na Facebooku czyjeś zdjęcie z podpisem "rodzinka w komplecie", zawsze liczę, kogo na nim brakuje.