Liczyłam te pieniądze na kartce w kratkę, wyrwanej ze starego zeszytu wnuczki. Siedziałam przy kuchennym stole, długopis drżał mi w palcach, a ja zapisywałam kwoty jedna pod drugą jak rachunki za prąd.

Dwieście w marcu. Pięćset w czerwcu. Trzysta przed świętami. Znowu pięćset w lutym. Tysiąc w maju, bo Jola mówiła, że musi zapłacić za naprawę samochodu. Suma na dole strony wyglądała jak numer telefonu.

Znałyśmy się z Jolą trzydzieści osiem lat. Poznałyśmy się w zakładzie krawiectwa lekiego, gdzie obie pracowałyśmy przy maszynach. Ja szyłam pościel, ona zasłony. Potem zakład upadł, ja znalazłam pracę w księgowości spółdzielni mieszkaniowej, a Jola - cóż, Jola szukała. Zawsze czegoś szukała. Pracy, faceta, mieszkania, okazji. I zawsze przychodziła do mnie, kiedy szukanie się nie udawało.

Mam na imię Renata, od trzech lat jestem na emeryturze. Mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na osiedlu Młodych, trzecie piętro, winda psuje się co drugi tydzień. Mąż Wiktor umarł siedem lat temu - rak płuc, dziewięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu.

Syn Darek pracuje w Anglii, dzwoni w niedziele, przysyła pieniądze na święta. Córka Patrycja mieszka w Lublinie z mężem i dwójką dzieci. Odwiedza mnie raz w miesiącu, przywozi sałatkę jarzynową i pretensje, że za mało jem.

Z Jolą widywałyśmy się regularnie. Co wtorek kawa u mnie, co piątek spacer po parku miejskim. Jola przynosiła ciastka z Biedronki, ja robiłam kawę zbożową, bo ona zwykłej nie piła. Gadałyśmy o serialach, o wnukach - ona miała jednego, Kubusia - o cenach w sklepach. Normalna, zwyczajna przyjaźń dwóch kobiet po sześćdziesiątce. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Pożyczki zaczęły się niewinnie. Siedem lat temu, jeszcze za życia Wiktora. "Renatka, pożycz dwieście do pierwszego, bo mi prąd odetną." Pożyczyłam, jasne. Kto by nie pożyczył przyjaciółce? Oddała po trzech tygodniach. Potem było drugie dwieście. I trzecie. I gdzieś między czwartym a piątym razem Jola przestała oddawać.

Nie od razu to zauważyłam. Wiktor chorował, potem umarł, potem był pogrzeb, potem ta straszna cisza w mieszkaniu, kiedy człowiek siedzi sam i słucha, jak tyka zegar. Nie liczyłam wtedy pieniędzy. Nie liczyłam niczego. Jola przychodziła, robiła herbatę, słuchała, jak płaczę. Była przy mnie. Za to byłam jej wdzięczna i może dlatego nie reagowałam, kiedy znowu prosiła o pięćset złotych "na chwilę".

Ale emerytura nauczyła mnie liczyć. Kiedy zobaczyłam pierwszy przelew - zrozumiałam, że każda złotówka ma teraz imię i nazwisko. Ta jest na czynsz. Ta na leki. Ta na jedzenie. Ta na odłożenie, bo lodówka dziwnie buczy i pewnie się wkrótce popsuje.

I wtedy Jola zadzwoniła. "Renatka, słuchaj, taka sprawa - potrzebuję tysiąc złotych, bo Kubuś idzie na wycieczkę szkolną do Krakowa, a Beata - to jej córka - nie ma teraz, bo zmieniła pracę i jeszcze pierwszej wypłaty nie dostała."

Tysiąc złotych. Z mojej emerytury.

Siedziałam z telefonem przy uchu i czułam, jak coś we mnie twardnieje. Jak cement, który wreszcie zastyga po latach rozlewania się w każdą stronę. Powiedziałam: "Jola, nie mogę."

Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam jej oddech.

"Jak to nie możesz? Przecież zawsze..."

"Właśnie. Zawsze. I nigdy mi nie oddałaś."

"Co ty opowiadasz? Przecież oddawałam!"

"Nie oddawałaś, Jola. Mam to zapisane."

To było najgorsze zdanie, jakie mogłam powiedzieć. Nie dlatego, że było nieprawdziwe. Dlatego, że było prawdziwe i Jola to wiedziała.

Rozłączyła się bez pożegnania. Nie zadzwoniła we wtorek. Nie przyszła w piątek. Przez dwa tygodnie miałam spokój - i nieoczekiwanie poczułam ulgę. Nie tęsknotę, nie żal. Ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężką torbę, o której zapomniałam, że ją noszę.

A potem spotkałam na rynku Halinę, naszą wspólną znajomą z dawnego zakładu. Halina patrzyła na mnie dziwnie, jakby nie wiedziała, czy się przywitać.

"Renata, słuchaj... Jola mówi takie rzeczy..."

"Jakie rzeczy?"

"No... że odkąd masz tę emeryturę, to ci się coś odmieniło. Że kiedyś byłaś normalna, a teraz każdy grosz oglądasz, że zrobiłaś się skąpa."

Stałam na środku chodnika z siatką z Biedronki, w której miałam chleb, masło i jeden jogurt, bo dwa to już luksus. A Jola opowiadała ludziom, że jestem skąpa. Jola, której pożyczyłam w sumie - tu spojrzałam na tę swoją kartkę, którą nosiłam w portfelu jak dowód osobisty - cztery tysiące siedemset złotych.

Nie płakałam. Nie miałam już na to siły. Powiedziałam Halinie: "Halina, ile razy Jola pożyczała od ciebie?"

Halina otworzyła usta, zamknęła je, otworzyła znowu.

"No... z trzy razy. Może cztery."

"I oddała?"

"Pierwszego razu oddała."

Spojrzałyśmy na siebie i nie musiałyśmy nic więcej mówić.

Potem próbowałam z Jolą porozmawiać. Zadzwoniłam, spokojnie, bez pretensji. Powiedziałam, że nie chodzi o pieniądze - chociaż chodziło też o pieniądze - ale o to, że zamiast powiedzieć "przepraszam, nie mam teraz, oddam jak będę mogła", ona poszła mówić ludziom, że jestem zła. Że się zmieniłam.

Jola powiedziała: "Ty zawsze byłaś taka, Renata. Taka, co wszystko liczy i zapisuje. Ja myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami."

"Właśnie dlatego, że byłyśmy, to cię tak długo bolało" - odpowiedziałam. Ale powiedziałam to już do martwej linii, bo Jola znowu się rozłączyła.

Minął rok. Jola chodzi na kawy do Zosi z parteru, która - jak mi powiedziała Halina - też jej już pożyczyła dwieście złotych. Zosia jest wdową po kolejarzu, ma emeryturę niewiele wyższą od mojej.

Czasem myślę o tej kartce w kratkę. Cztery tysiące siedemset złotych. Mogłam za to kupić nową lodówkę i jeszcze by zostało na zimowe buty. Ale nie o pieniądze najbardziej żałuję. Żałuję tych wtorkowych kaw, kiedy Jola siedziała u mnie i opowiadała o swoich kłopotach, a ja słuchałam i myślałam, że tak wygląda przyjaźń.

Że przyjaźń to jest ktoś, kto przychodzi, kiedy jest ci ciężko. Nie przyszło mi do głowy, że ktoś może przychodzić właśnie dlatego, że wie, że jest ci ciężko. I że wtedy trudniej odmówić.

Kartka leży teraz w szufladzie, pod rachunkami za prąd. Nie zamierzam prosić Joli o zwrot. Nie zamierzam też do niej dzwonić. Niektóre długi nie mają nic wspólnego z pieniędzmi - i tych się nie da spłacić.