Trzy lata czekałam, aż mój syn pozwoli mi pojechać do sanatorium. Trzy lata słyszałam „może za rok". A tymczasem zupę jarzynową mieszałam już chyba dwudziestą minutę, bo myślami byłam zupełnie gdzie indziej.

Na lodówce wisiał magnes z Kołobrzegu - pamiątka sprzed siedmiu lat, z ostatnich wakacji, na które pojechałam sama. Zuzia ciągnęła mnie za rękaw bluzy i powtarzała: „Babciu, babciu, Olek mi zabrał!". A ja dalej mieszałam tę zupę, jakby od tego zależało cokolwiek.

Mam na imię Wiesława. Sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana nauczycielka biologii. Trzydzieści dwa lata przepracowałam w liceum, a kiedy przeszłam na emeryturę, myślałam, że wreszcie będę mogła poczytać te wszystkie książki, które odkładałam na półkę „na potem". Pojechać gdzieś. Odpocząć.

Ale Grzegorz - mój syn - i jego żona Justyna mieli inne plany.

Justyna pracuje na trzy zmiany w zakładzie produkcyjnym za miastem. Grzegorz jest kierowcą w firmie transportowej, często w trasie po dwa, trzy dni. Zuzia miała wtedy cztery latka, Olek niecałe dwa. Żłobek prywatny - za drogi. Miejski - kolejka na rok. Grzegorz zadzwonił pewnego wieczoru i powiedział to, co wielu synów mówi swoim matkom: „Mamo, czy mogłabyś nam trochę pomóc?".

To „trochę" trwa trzeci rok.

Codziennie wstaję o szóstej, żeby zdążyć na siódmą do ich mieszkania na Dziesięcinach. Karmię dzieci śniadaniem, odwożę Zuzię do przedszkola, wracam z Olkiem, gotuję obiad, odbieram Zuzię, karmię oboje podwieczorkiem, bawię się z nimi, kąpię, a kiedy Justyna wraca ze zmiany albo Grzegorz z trasy - wracam do siebie, do pustego mieszkania na Wysockiego.

Nogi mnie bolą. Kolana tak, że po schodach chodzę jak staruszka - a przecież jeszcze nią nie jestem. Lekarz powiedział mi wprost: „Pani Wiesławo, z tymi stawami to pani powinna jechać na rehabilitację. Najlepiej sanatorium. Wystawię skierowanie, z NFZ poczeka pani z pół roku, ale warto".

Pół roku minęło w grudniu. Skierowanie leżało w torebce, gotowe. Zadzwoniłam do Grzegorza.

- Synku, chciałabym w lecie pojechać do sanatorium. Na trzy tygodnie. Lekarz mówi, że powinnam.
- Mamo - westchnął - to nie jest dobry moment. Justyna ma grafik na trzy miesiące do przodu, nie da się tak nagle.
- To nie jest nagle. Jest marzec.
- Ale kto będzie pilnował dzieci?
- A gdybym zachorowała? Gdybym złamała nogę? Też byście nie mieli wyjścia.
- No ale nie zachorowałaś - powiedział, jakby to był argument.

Tak mówi od trzech lat. „Może za rok". „Teraz się nie da". „Zobaczmy po wakacjach". Wakacje mijają, potem jest jesień, potem zima, potem znowu „nie jest dobry moment".

Zaczęłam się zastanawiać, kiedy właściwie ostatnio Grzegorz zapytał mnie, jak się czuję. Nie „mamo, dasz radę jutro od siódmej?", tylko naprawdę - jak się czuję. Nie potrafiłam sobie przypomnieć.

Za to doskonale pamiętam, jak w styczniu Justyna wrzuciła na Facebooka zdjęcia z Zakopanego. Trzy dni, hotel, jacuzzi. Pojechali we dwoje, „żeby odpocząć od codzienności". Wnuki były wtedy u mnie - od piątku do niedzieli.

Nie powiedziałam nic. Powinnam była powiedzieć.

W maju spotkałam na rynku Halinę, dawną koleżankę z liceum. Siedziałyśmy na ławce, jadłyśmy lody i Halina opowiadała o Ciechocinku - jak pojechała na turnus z NFZ, jak robiła sobie solankowe kąpiele i jak pierwszy raz od lat obudziła się rano bez bólu w plecach.

- A ty kiedy jedziesz? - spytała. - Wyglądasz, jakbyś potrzebowała.
- Nie mogę - odpowiedziałam. - Pilnuję wnuków.
- Codziennie?
- Od poniedziałku do piątku.
- Wiesława - Halina spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto mówi coś absurdalnego. - Ile masz lat? Sześćdziesiąt trzy? I nie możesz pojechać na leczenie, bo twój dorosły syn nie potrafi zorganizować opieki nad własnymi dziećmi na trzy tygodnie?

Kiedy to usłyszałam wypowiedziane na głos - przez kogoś innego, nie przez tę cichą myśl w mojej głowie - poczułam coś dziwnego. Jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju.

Wieczorem zadzwoniłam do Grzegorza. Ale tym razem nie pytałam.

- Synku, zapisałam się na turnus do Ciechocinka. Od dwunastego lipca, trzy tygodnie. Musisz sobie poradzić z dziećmi.
- Mamo, ale...
- Grzegorz - przerwałam mu. - Kocham Zuzię i Olka. Kocham was. Ale ja też jestem człowiekiem. Mam chore kolana, bolą mnie plecy i od trzech lat nie miałam ani jednego dnia wolnego. Ani jednego.

Po drugiej stronie była cisza. Długa cisza.

- Justyna weźmie urlop albo znajdziecie opiekunkę - dodałam. - Inni rodzice to robią.
- Mamo, czy ty masz do nas pretensje? - spytał cicho.
- Nie mam pretensji. Mam skierowanie od lekarza. I mam sześćdziesiąt trzy lata.

Grzegorz nie zadzwonił przez trzy dni. Potem przyjechał z dziećmi i ciastem. Zuzia narysowała mi „babcię na plaży" - niebieskie morze, żółte słonko i wielki uśmiech. Justyna milczała, ale położyła mi na stole wydruk - cennik opiekunki dziecięcej z agencji.

Nie powiedziała „przepraszam". Nie musiała. Ten wydruk wystarczył.

W noc przed wyjazdem do Ciechocinka nie mogłam spać. Leżałam w ciemności i myślałam o tym, że trzy lata czekałam na pozwolenie. Od własnego syna - na odpoczynek, na leczenie, na trzy tygodnie dla siebie. Jakbym sama nie mogła decydować.

Zadzwoniłam do Haliny.

- Nie śpisz? - spytała.
- Boję się, że jak wrócę, to znowu będzie tak samo.
- To zależy od ciebie, Wiesława. Tylko od ciebie.

Na lodówce w kuchni, obok magnesu z Kołobrzegu, przyczepiłam kartkę z datą następnego turnusu - za rok, w czerwcu. Niech sobie wisi. Niech się przyzwyczajają.