Rok temu na prośbę syna zamieniliśmy się mieszkaniami - im ciasno z dwójką dzieci, mnie "i tak za duże". Wczoraj szukałam na OLX używanej maszyny do szycia. W "podobnych ogłoszeniach" portal pokazał moje dawne mieszkanie: sprzedaż. W oknach wisiały jeszcze firanki, które szyłam sama.

Ekran telefonu zamarł mi w dłoniach. Trzy zdjęcia, miniaturki - ale te firanki poznałabym wszędzie. Kremowe, z delikatnym wzorem liści, szyte na mojej starej Singer jeszcze w tamtym mieszkaniu, przy oknie w dużym pokoju, z widokiem na kasztanowce.

Przesunęłam palcem po ekranie i zobaczyłam cenę. Potem opis. "Trzypokojowe, po remoncie, gotowe do zamieszkania." Po remoncie. Poczułam, jak coś ciężkiego osiada mi w żołądku.

Cofnęłam się do listy ogłoszeń. Maszyna do szycia, używana, Lublin i okolice - tego szukałam. Nie swojego dawnego mieszkania wystawionego na sprzedaż przez własnego syna.

Bo to musiał być Grzegorz. Nikt inny nie mógł.

Rok temu przyszedł do mnie w niedzielę, z Anią i dziećmi. Julka miała wtedy cztery lata, Kubuś niecałe dwa. Siedzieliśmy w kuchni, Julka rysowała kredkami na starych gazetach, a Kubuś próbował wspiąć się na krzesło. Grzegorz kręcił łyżeczką w herbacie i nie patrzył mi w oczy.

- Mamo, chcieliśmy z tobą porozmawiać - zaczął, a Ania położyła dłoń na jego ramieniu.

Wiedziałam, że coś knują. Matka zawsze wie. Dwadzieścia osiem lat wychowywania go nauczyło mnie czytać każdy grymas, każde unikanie wzroku.

- Chodzi o mieszkanie - powiedział. - Nasze jest za małe. Kubuś śpi z nami w sypialni, Julka w pokoju, a ja pracuję na kanapie w salonie. Pomyśleliśmy...

Nie dokończył. Dokończyła Ania.

- Może byśmy się zamienili? Pani Lucyno, pani tu sama w trzech pokojach, a nam z dwójką dzieci w tych czterdziestu metrach...

Pani Lucyno. Ania od pięciu lat nie potrafiła mówić do mnie po imieniu. Ale to nie był moment na tę irytację. Patrzyłam na Kubusia, który wreszcie wdrapał się na krzesło i machał do mnie łyżką, i pomyślałam o trzech pustych pokojach, w których wieczorami chodziło tylko echo telewizora.

- Zamienili się - powtórzyłam. - To znaczy wy tu, ja tam.

- Mamo, to i tak za duże dla ciebie samej - Grzegorz wreszcie na mnie spojrzał. - Tato nie żyje od sześciu lat, Kasia w Anglii, ja tu nie mieszkam. Siedzisz sama w tych pokojach i pilnujesz mebli.

Pilnuję mebli. Trzydzieści lat życia w tym mieszkaniu i to jest "pilnowanie mebli". Przepracowałam dwadzieścia sześć lat jako nauczycielka w szkole podstawowej na Czubach, z widoku tamtego okna patrzyłam na dachy okolicznych bloków przez wszystkie pory roku, w tamtej kuchni gotowałam rosół na każdą niedzielę, na tamtym balkonie Witek hodował pomidory w doniczkach jeszcze rok przed śmiercią. Ale Grzegorz miał rację w jednym - było za cicho.

Zgodziłam się po dwóch tygodniach. Nie dlatego, że chciałam, ale dlatego, że Julka powiedziała mi kiedyś przez telefon, że nie ma gdzie postawić domku dla lalek, bo tata śpi na kanapie i kanapę trzeba rozkładać. Dziecko nie powinno się martwić, gdzie tata śpi.

Zamiana przebiegła gładko. Notariusz, dwa akty, wymiana. Grzegorz załatwił wszystko. Ja spakowałam trzydzieści lat w kartony i przeprowadziłam się do ich dwupokojowego przy Głębokiej. Mniejsze, niższe sufity, widok na parking zamiast kasztanowców. Ale czyste, zadbane, Ania zostawiła firanki i nawet kwiatki na parapecie.

Przyzwyczaiłam się. Człowiek się przyzwyczaja do wszystkiego, jeśli wystarczająco długo powtarza sobie, że to ma sens.

Przestawiłam meble. Powiesiłam swoje zdjęcia. Kupiłam nową doniczkę na paprotkę. W soboty jeździłam autobusem na drugi koniec miasta odwiedzać wnuki w moim - to znaczy w ich - mieszkaniu. Julka biegała po dużym pokoju, Kubuś miał swój kącik do zabawy. Ania pomalowała ściany na jasnoszary. Moje firanki zostały.

- Pasują do pokoju - powiedziała Ania, kiedy zapytałam. - Ładne są, szkoda zmieniać.

Byłam nawet dumna. Firanki, które uszyłam piętnaście lat temu na kursie krawiectwa w domu kultury, przetrwały dwa remonty i jedną zmianę właścicieli. Może przetrwają też wnuki.

Nie przetrwają. Bo mieszkanie jest na sprzedaż.

Wczoraj wieczorem siedziałam długo przy stole z telefonem w ręku. Ogłoszenie na OLX, wystawione cztery dni wcześniej. Sześć zdjęć - duży pokój, kuchnia, łazienka, widok z balkonu, przedpokój i mały pokój.

Na trzecim zdjęciu, na parapecie, stała doniczka z martwą begonią. Tę begonię kupiłam na Dzień Kobiet sześć lat temu. Witek mi ją dał - ostatni prezent, bo w maju już trafił do szpitala.

A oni ją zostawili, żeby uschła, a teraz zrobili jej zdjęcie do ogłoszenia sprzedażowego.

Nie dzwoniłam do Grzegorza od razu. Nie byłam w stanie. Siedziałam w ciemności i próbowałam zrozumieć, kiedy to zaplanował. Czy od początku, kiedy mówił "mamo, zamieńmy się"? Czy miesiąc temu, kiedy nagle zdecydował?

Czy może Ania - praktyczna, zawsze z kalkulatorem w głowie - policzyła, że sprzedaż da im na dom pod miastem, a ja zostanę w kawalerce przy Głębokiej i nawet nie będę wiedziała?

Rano zadzwoniłam.

- Cześć, mamo, co tam? - Grzegorz odebrał po trzecim sygnale, lekkim głosem, jakby nic.

- Szukałam maszyny do szycia na OLX - powiedziałam spokojnie. - I znalazłam swoje mieszkanie.

Cisza. Długa, ciężka, pełna.

- Mamo...

- Twarz nie - powiedziałam. - Nie tłumacz mi teraz. Powiedz mi tylko jedno: wiedziałeś od początku?

Znów cisza. Słyszałam, jak oddycha. W tle płakał Kubuś.

- Nie od początku - powiedział wreszcie. - Mamo, ja nie planowałem. Ale Ania znalazła dom. Pod Świdnikiem, z ogrodem, blisko jej rodziców. Policzyliśmy i wyszło, że jeśli sprzedamy...

- Moje mieszkanie - dopowiedziałam.

- Nasze - powiedział, ale od razu się poprawił. - Znaczy... tak, to które... mamo, prawnie to jest nasze. Zamieniliśmy się, notariusz, akty, wszystko legalnie.

Miał rację. Prawnie nie miałam nic do powiedzenia. To był uczciwy, notarialny akt zamiany - jego dwa pokoje za moje trzy. Nierówna zamiana, owszem, ale notariusz przyjął, bo ja wyraziłam zgodę. Nie brałam dopłaty, nie żądałam wyrównania. Syn potrzebował - dałam.

A teraz syn sprzedaje to, co dałam, żeby kupić dom z ogrodem pod Świdnikiem, blisko teściowej. Blisko teściowej, nie blisko mnie.

- Grzegorz, czy ty rozumiesz, co mi zrobiłeś? - zapytałam.

- Mamo, nie robiłem ci nic złego. Zaproponowałem zamianę, zgodziłaś się. Teraz chcemy kupić dom, bo mieszkanie jest za...

- Za duże? - przerwałam mu. - Rok temu było za małe, a teraz jest za duże?

Tym razem cisza trwała naprawdę długo. Kubuś w tle przestał płakać. Może Ania go wzięła. Może Ania stała obok i słuchała.

- Mamo, mogę do ciebie przyjechać - powiedział łagodnie. - Porozmawiamy normalnie, przy kawie.

- Przy mojej kawie, w moim - to znaczy twoim - mieszkaniu - odpowiedziałam i rozłączyłam się.

Od wczoraj nie odbieram telefonów. Grzegorz dzwonił trzy razy, Ania raz, nawet Kasia z Anglii - pewnie już wie. Siedzę w tych dwóch pokojach przy Głębokiej, patrzę na parking za oknem i myślę o tym, jak rok temu pakowałam swoje życie w kartony, żeby wnuczce było gdzie postawić domek dla lalek.

Nie jestem zła na syna. To znaczy - jestem, ale bardziej niż złość czuję coś innego. Coś cięższego. Poczucie, że zostałam użyta. Że to "mamo, i tak za duże" było początkiem planu, którego nie widziałam, bo nie chciałam widzieć. Bo jaka matka podejrzewa własne dziecko o kalkulację?

Może Grzegorz naprawdę nie planował od początku. Może ten dom pod Świdnikiem pojawił się miesiąc temu i dopiero wtedy spadł mu z oczu kamień wstydu. Może Ania go przekonała, a on nie potrafił jej odmówić. A może to ja sobie teraz szukam usprawiedliwień dla niego, bo tak mi łatwiej.

Wiem jedno. Moje firanki wciąż wiszą w oknach tamtego mieszkania. Widziałam je na zdjęciach. Ktoś je kupi razem z tym trzypokojowym "po remoncie, gotowym do zamieszkania". I nawet nie będzie wiedział, że kobieta, która je szyła, siedzi teraz trzynaście przystanków dalej w kawalerce, którą dostała w zamian za trzydzieści lat swojego życia, i szuka na OLX taniej maszyny do szycia, bo stara Singer została w tamtym mieszkaniu, a prosić o nią nie zamierza.

Poproszę tylko o jedno. Żeby Grzegorz zdejmował te firanki przed otwartym pokazem dla kupców. To jedyne, co mogę jeszcze powiedzieć.