Kiedy leżałam w szpitalu z biodrem, synowa zrobiła u mnie "porządek": półki opróżnione, książki - jak powiedziała - "poszły do ludzi, przecież nikt już nie czyta". W czwartek sąsiadka przyniosła mi jedną, kupioną na pchlim targu za dwa złote. Na pierwszej stronie była dedykacja od męża, z wakacji w osiemdziesiątym szóstym.

Książka leżała na szafce nocnej, między kubkiem po herbacie a pilotem od telewizora. Zwykła, w miękkiej okładce, z pożółkłymi stronami i złamanym grzbietem.

Ale kiedy ją otworzyłam i zobaczyłam te litery - jego litery, pochyłe, ciasne, jakby bał się, że zabraknie mu miejsca na wszystko, co chciał powiedzieć - to zrobiło mi się tak ciasno w piersi, że musiałam odłożyć ją na kołdrę i przez chwilę po prostu oddychać.

- Jadwiga, dwa złote - powiedziała Krystyna, stawiając torbę z zakupami pod drzwiami mojego pokoju. - Dwa złote, bo okładka naderwana. Ale jak zobaczyłam, co jest w środku, to aż mi się nogi ugięły.

Krystyna mieszka piętro niżej, w bloku na Czubach, tym samym, w którym ja żyję od trzydziestu ośmiu lat. Zna mnie. Znała Stanisława. Chodziła na pchlaki co sobotę, wracała z porcelanowymi filiżankami i stojaczkami na jajka, które ustawiała na parapecie jak trofea. Tym razem wróciła z moją książką. Z książką, która jeszcze miesiąc temu stała na mojej półce w salonie, między atlasem grzybów a tomem wierszy Szymborskiej.

Mam na imię Jadwiga, ale Stanisław mówił do mnie Wisia. Tylko on tak mówił. W dedykacji napisał: "Dla Wisi, żeby pamiętała, że nad morzem też się da żyć, a nie tylko na Czubach. Staszek, Łeba '86." I mały rysunek - coś między muszelką a sercem. Nie umiał rysować, ale zawsze próbował.

Stanisław odszedł sześć lat temu. Rak płuc, choć nigdy nie palił - to był taki dowcip, który przestał być śmieszny, kiedy lekarz pokazał nam zdjęcie. Trzy miesiące między diagnozą a pogrzebem.

Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu pełnym jego rzeczy - marynarek, które wciąż pachniały nim, książek z podkreślonymi fragmentami, notatek na marginesach gazet. Nie ruszałam niczego.

Syn Grzegorz mówił, że to niezdrowe. Synowa Agnieszka kiwała głową i milczała, ale widziałam w jej oczach to obliczanie - ile metrów kwadratowych, ile do odświeżenia, ile niepotrzebnych gratów.

Biodro złamałam w lutym, na oblodzonym chodniku przed apteką. Pięć kroków od klatki schodowej. Przyjechało pogotowie, potem szpital, operacja, śruby, rehabilitacja. Trzy tygodnie na oddziale. Grzegorz przychodził co drugi dzień, przynosił mandarynki, których nie jadam, i powtarzał, że Agnieszka "ogarnia mieszkanie, żeby ci było łatwiej wrócić".

Kiedy wróciłam - było łatwiej. Łatwiej w tym sensie, że pusto. Półki w salonie stały nagie, jak po przeprowadzce. Cztery regały, na których przez lata gromadziłam książki - po Stanisławie, po mojej mamie, moje własne z czasów, kiedy uczyłam polskiego w technikum. Zniknęły. Wszystkie.

- Oddałam do biblioteki parafialnej i na zbiórkę - powiedziała Agnieszka, kiedy zadzwoniłam. Głos miała taki lekki, zadowolony. - Proszę pani, tam było ze trzysta książek, kurz, roztocza. Pani Jadwigo, pani ma astmę.

Nie mam astmy. Mam alergię na kurz, co nie jest to samo. Ale nie o to chodziło.

- Agnieszka, tam były książki Staszka.

Cisza. Potem:

- No tak, ale one i tak były stare. Nikt ich nie czytał. Grzegorz się zgodził.

Grzegorz się zgodził. Te trzy słowa wbiły się we mnie jak drzazga - niby mała, ale nie dało się jej wyjąć. Zadzwoniłam do syna.

- Mamo, Agnieszka chciała dobrze - powiedział. - Mieszkanie wyglądało... no, jak magazyn. A ty potrzebujesz przestrzeni, lekarze mówili, że musisz chodzić o kulach, że potrzebujesz miejsca.

- Grzesiek, tam była dedykacja od taty. W tej książce z Łeby.

- Z jakiej Łeby?

I wtedy zrozumiałam, że on nie pamięta. Nie pamięta, bo miał cztery lata, kiedy pojechaliśmy nad morze we troje, w pożyczonym maluchu, z namiotem, który przeciekał. Stanisław kupił tę książkę w antykwariacie na deptaku - opowiadania Iwaszkiewicza - i wieczorem, kiedy Grzesiek już spał, napisał dedykację latarką pod kocem. Powiedział, że to lepsze niż kartka pocztowa, bo kartka się wyrzuca, a książka zostaje.

Nie zostaje, jeśli ktoś ją oddaje obcym ludziom w kartonowym pudełku.

Przez następne dni chodziłam po mieszkaniu jak po cudzym. Ściany te same, meble te same, ale powietrze inne - lżejsze, chłodniejsze, jak w pokoju hotelowym. Na parapecie stał kwiatek doniczkowy, którego nigdy nie miałam - Agnieszka go przyniosła, "żeby było weselej".

W kuchni ktoś poukładał talerze w innej kolejności. Kubek Stanisława - ten z napisem "Najlepszy tata" zrobionym markerem przez Grześka w zerówce - stał na samej górze, jakby ktoś go przesunął i nie wiedział, że to nie jest zwykły kubek.

Nie gniewałam się na Agnieszkę. To znaczy - gniewałam się, ale gdzieś pod spodem wiedziałam, że ona naprawdę nie rozumiała. Dla niej to były stare książki w starym mieszkaniu starej kobiety. Nie widziała w nich Stanisława.

Nie widziała wieczorów, kiedy czytaliśmy na zmianę, on w fotelu, ja na kanapie, nogi pod kocem. Nie widziała zakładek z biletów autobusowych, notatek ołówkiem, zagnieceń na stronach, które otwierały się same, bo otwierał je tyle razy.

Krystyna przyniosła książkę we czwartek. Usiadła na brzegu łóżka - bo ja wtedy jeszcze głównie leżałam, noga sztywna, rehabilitacja dopiero się rozkręcała - i powiedziała:

- Jadwiga, wiem, że to twoja. Staszek na okładce - takie pismo to tylko on miał.

Wzięłam ją do rąk. Iwaszkiewicz. "Opowiadania zebrane". Okładka naderwana w rogu, kilka stron poluzowanych, ale cała. A na pierwszej stronie - on. Jego słowa. Jego muszelka-serce. Dla Wisi.

- Ile było tych książek na straganie? - zapytałam.

- Może z dwadzieścia. Leżały w kartonie, ktoś je przyniósł luzem. Sprzedawca mówił, że dostał od kogoś, kto zbiera rzeczy z parafialnych zbiórek.

Dwadzieścia z trzystu. Reszta mogła być gdziekolwiek.

Następnego dnia zadzwoniłam do Grzegorza. Nie krzyczałam, nie płakałam. Powiedziałam spokojnie:

- Grzesiek, chcę, żebyś ze mną pojechał na targ w sobotę.

Pojechaliśmy. Grzegorz prowadził, ja siedziałam obok z laską między kolanami. Targ na Bystrej - stragany z koszulkami, garnkami, narzędziami, książkami w kartonach po bananach. Szliśmy powoli, bo ja nie mogłam szybciej, i Grzegorz trzymał mnie za łokieć, i nic nie mówił, i ja nic nie mówiłam, i to milczenie było pełne rzeczy, których nie umiałam mu powiedzieć, a on nie umiał zapytać.

Nie znaleźliśmy żadnej więcej. Może ktoś je kupił wcześniej. Może leżą w czyimś domu, w czyimś regale, i ktoś czyta Staszka notatki na marginesie, nie wiedząc, kto je pisał. A może trafiły do kosza. Tego się nie dowiem.

W drodze powrotnej Grzegorz powiedział cicho:

- Przepraszam, mamo.

Nie odpowiedziałam od razu. Przez szybę patrzyłam na bloki po obu stronach ulicy, na balkony z suszarkami i skrzynkami kwiatowymi, na ludzi, którzy szli z siatkami z targu.

- Nie musisz przepraszać - powiedziałam w końcu. - Musisz tylko zrozumieć, że te książki to nie był kurz. To był tata.

Wieczorem położyłam Iwaszkiewicza na półce. Jedyną książkę na pustym regale. Wyglądała jak ząb samotnika w szczęce, który nie daje się wyrwać.

Agnieszka przyszła w niedzielę. Przyniosła sernik - dobry, na zimno, z jagodami. Stanęła w drzwiach salonu, zobaczyła tę jedną książkę na pustym regale i nic nie powiedziała. Ja też nie powiedziałam. Pokroiłam sernik, nastawiłam wodę na herbatę.

Niektóre rzeczy nie potrzebują słów. Wystarczy, że stoją na półce i czekają, aż ktoś je otworzy.