Brat powiedział, żeby nie przyjeżdżać - mama już nikogo nie poznaje. W niedzielę przyjechałam bez zapowiedzi. Mama obierała jabłka na szarlotkę
Gdybym posłuchała Bogdana, może przyjechałabym dopiero za miesiąc. Może za dwa. A może w ogóle przestałabym jeździć - bo po co męczyć starą kobietę, która nawet nie wie, kto przy niej siedzi? Tak to sobie pewnie zaplanował. Ale nie wyszło.
W czwartek wieczorem Bogdan zadzwonił do mnie w trakcie kolacji. Odłożyłam widelec, odebrałam i usłyszałam coś, czego nigdy wcześniej od niego nie słyszałam.
- Jola, nie przyjeżdżaj w niedzielę. Mama już nikogo nie poznaje. Tylko się denerwuje, jak ktoś przychodzi, potem w nocy nie śpi. Nie rób jej tego.
Stałam w kuchni z telefonem przy uchu i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo jeszcze trzy tygodnie temu rozmawiałam z mamą przez telefon stacjonarny - normalnie, spokojnie. Mama pytała, czy Kasia - moja córka - zdała ten egzamin na prawo jazdy.
Pytała, czy mam dość słoików na przetwory, bo u niej w piwnicy stoi całe pudło. Myliła się w dniu tygodnia, powiedziała "wtorek" zamiast "środa" - ale to robiła od lat. Między tym a "nikogo nie poznaje" jest przepaść.
Pracuję jako szefowa zmiany w fabryce opakowań pod Lublinem. Wstaję o czwartej rano, wracam po szesnastej, w weekendy odrabiam to, na co w tygodniu nie starcza sił. Do mamy - do Włocławka - mam trzy godziny drogi, więc jeżdżę raz na miesiąc, czasem rzadziej.
Nie jestem z tego dumna, ale tak wygląda moje życie. Bogdan - młodszy o trzy lata, po rozwodzie z Iloną - wrócił do mamy półtora roku temu. Zamieszkał z nią, pomagał, robił zakupy, woził do lekarza. Byłam mu za to wdzięczna. Naprawdę.
Po tym telefonie w czwartek odłożyłam talerz do zlewu i zadzwoniłam do Krysi - sąsiadki mamy z drugiego piętra. Krysia jest jedyną osobą w tym bloku, z którą mama naprawdę się przyjaźni. Piją razem herbatę, wymieniają się przepisami, pilnują sobie nawzajem kwiatów na balkonie, kiedy jedna wyjeżdża do sanatorium.
- Jolu, a skąd ci to przyszło do głowy? - zdziwiła się Krysia. - Ja z twoją mamą rozmawiałam wczoraj na klatce schodowej. Wychodziła z Bogdanem gdzieś, ubrana elegancko. Poznała mnie od razu, pytała o moje kolano. Normalnie gadałyśmy ze trzy minuty.
Siedziałam na krześle w kuchni z telefonem przy uchu i czułam, jak mi się robi zimno. Nie od temperatury. Od myśli, które zaczęły się układać w ciąg, którego jeszcze nie rozumiałam, ale który już mnie niepokoił.
Dlaczego Bogdan kłamie?
W piątek i sobotę chodziłam z tym pytaniem jak z kamieniem w kieszeni. W pracy pakowałam kartony, sprawdzałam etykiety, podpisywałam raporty zmianowe - a w głowie ciągle to samo. Bogdan nigdy nie był kłamcą. Jako dziecko nie potrafił nawet skłamać, że odrobił lekcje. Co się zmieniło?
W niedzielę rano wsiadłam w samochód. Nie zadzwoniłam. Nie uprzedziłam. Trzy godziny drogi z rękami zaciśniętymi na kierownicy.
Drzwi otworzyłam swoim kluczem. W przedpokoju pachniało jabłkami i cynamonem. Z kuchni dochodziło radio - Polskie Radio Jedynka, jak zawsze od kiedy pamiętam. Zdjęłam buty, weszłam w kapciach do kuchni i zobaczyłam mamę.
Siedziała przy stole. Obierała jabłka na szarlotkę. Obok stała miska z cukrem, foremka do ciasta wyłożona papierem, mąka w słoiku z naklejką "mąka". Mama ma osiemdziesiąt dwa lata, krótkie siwe włosy po trwałej, okulary zsunięte na czubek nosa. Ręce jej drżały lekko przy obieraniu, ale nóż trzymała pewnie.
Podniosła głowę i powiedziała:
- O, Jolusia. Czemu tak długo cię nie było?
Nie - nikogo nie poznaje. Nie - kim pani jest. Tylko - czemu tak długo.
Usiadłam przy stole i rozpłakałam się. Mama odłożyła nóż, wytarła ręce w ścierkę i pogłaskała mnie po głowie.
- No co ty, dziecko. Herbaty ci zrobię.
Piłyśmy herbatę i rozmawiałyśmy. Mama pytała o Kasię, o moją pracę, o to, czy wreszcie naprawiłam ten kran w łazience. Myliła się w datach - raz powiedziała, że "wczoraj" oglądała film, a okazało się, że to było w zeszłym tygodniu.
Zapomniała słowa "sitko" i powiedziała "to takie z dziurkami do herbaty". Ale wiedziała, kim jestem. Wiedziała, że Kasia to jej wnuczka. Wiedziała, że lubię sernik bardziej niż szarlotkę i że mam alergię na orzechy.
Bogdan pojawił się koło południa. Stanął w drzwiach kuchni z reklamówką z Biedronki w ręku i zamarł. Nie spodziewał się mnie.
- Cześć, Jola. Mogłaś zadzwonić - powiedział po chwili.
- Mogłam. Ale chciałam zobaczyć sama, jak to jest z tą mamą, co nikogo nie poznaje - odpowiedziałam spokojnie.
Mama nawet nie podniosła głowy.
- Bogdanek, weź jabłka od pani Zosi z czwartego, bo mi nie starczy na szarlotkę - powiedziała.
Bogdan postawił siatkę na podłodze i poszedł do swojego pokoju. Wstałam i poszłam za nim. Nie zamierzałam krzyczeć - nie przy mamie, która ma cienkie ściany i dobry słuch.
- Dlaczego kłamałeś? - zapytałam cicho, zamykając za sobą drzwi.
Bogdan siedział na brzegu łóżka i patrzył w podłogę. W tym pokoju kiedyś stała nasza wspólna meblościanka, na której rysowaliśmy flamastrami, kiedy rodzice nie widzieli. Teraz stało tu łóżko Bogdana, szafka nocna z lampką i stos papierów na biurku.
- Jola, ty nie rozumiesz - zaczął cicho. - Ja tu mieszkam półtora roku. Ja wstaję w nocy, kiedy mama nie może spać. Ja stoję w kolejce w przychodni. Ja gotuję, piorę, sprzątam. Ty przyjeżdżasz raz na miesiąc, pijesz herbatę i jedziesz do siebie.
- I dlatego kłamiesz, że mnie nie poznaje?
- Nie o to chodzi.
- To o co?
Bogdan podniósł głowę. Zobaczyłam w jego oczach coś, czego się nie spodziewałam - nie złość, nie wstyd. Strach.
- Byłem z mamą u notariusza - powiedział. - W zeszłym tygodniu. Chcę, żeby przepisała na mnie mieszkanie.
Cisza. Przez ścianę słyszałam, jak mama włącza mikser - ciasto na szarlotkę.
- Bogdan, to dlatego?
- Ilona zabrała mi wszystko. Mieszkanie, samochód, nawet konto oszczędnościowe. Zostałem z jedną walizką. Mama mnie przyjęła, ale ja tu nie mogę mieszkać wiecznie jako gość we własnym domu. Chcę mieć coś swojego. I pomyślałem, że skoro ja się nią opiekuję, to...
- To odetniesz mnie od mamy, żebym nie przeszkadzała.
Bogdan zacisnął szczękę. Nie zaprzeczył.
Na biurku, pod stosem rachunków za prąd, leżała koperta z logo kancelarii notarialnej. Nie musiałam jej otwierać, żeby wiedzieć, co jest w środku. Bogdan dopiero zaczął plan - telefon do mnie był pierwszym krokiem.
Gdybym go posłuchała, byłyby następne. Mamo jest gorzej. Mamo nie chce gości. Mamo lepiej, żebyś nie dzwoniła, bo się denerwuje. Krok po kroku, aż zostałby sam z mamą i z notariuszem.
Nie krzyczałam. Usiadłam na krześle przy biurku i powiedziałam cicho:
- Bogdan, ja nie chcę tego mieszkania. Mam swoje pod Lublinem. Ale ty właśnie próbowałeś mnie okłamać, żebym przestała przyjeżdżać do własnej matki. Rozumiesz, co robisz?
Bogdan milczał. Przez ścianę dochodził zapach pieczenia - mama zdążyła wstawić szarlotkę do piekarnika.
- Nie chcę z tobą walczyć o spadek - powiedziałam. - Ale jeśli jeszcze raz spróbujesz mnie odciąć od mamy, to nie będziemy rozmawiać w pokoju, tylko u prawnika.
Wróciłam do kuchni. Mama kroiła właśnie tę nieudaną porcję ciasta z brzegu - tę, którą zawsze zostawiała do jedzenia od razu, na ciepło.
- Jolusia, zostaniesz na obiad? - zapytała.
- Zostanę, mamo. I w przyszłą niedzielę też przyjadę.
Mama pokiwała głową, jakby to było oczywiste. Położyła przede mną talerz z ciepłą szarlotką, podsunęła cukier puder i powiedziała:
- No to dobrze. Bo jabłek w tym roku jest dużo, a ja sama nie dam rady.
Wracałam do Lublina wieczorem z szarlotką zapakowaną w folię aluminiową na siedzeniu pasażera. Myślałam o Bogdanie. O tym, jak siedział na łóżku i patrzył w podłogę. Nie wyglądał jak ktoś, kto knuje - wyglądał jak ktoś, kto się boi.
Boi się, że znowu zostanie z niczym. Że Ilona zabrała mu przeszłość, a on próbuje zabezpieczyć przyszłość jedynym sposobem, jaki mu przyszedł do głowy. Głupim sposobem. Podłym sposobem. Ale zrozumiałam, skąd to się wzięło.
Nie wiem jeszcze, jak to się między nami ułoży. Ale wiem, że w przyszłą niedzielę będę siedzieć w kuchni mamy i obierać z nią jabłka. I że Bogdan będzie musiał się z tym pogodzić. Bo jabłek jest dużo. I mama dzieli je na pół - tak jak dzieliła zawsze.