Na narodziny wnuczki kupiłam wózek za trzy tysiące dwieście, trzy w jednym. W październiku szukałam na OLX-ie fotelika dla sąsiadki i wyskoczył mi ten sam model z naszego osiedla: "prawie nieużywany, okazja". Na rączce wisiał różaniec, który zawiesiłam na szczęście.
Rozpoznałam go po krzyżyku. Mały, metalowy, z jednym ramieniem odrobinę skrzywionym, bo mama kiedyś przytrzasnęła go szufladą w kredensie. Wisiał na rączce wózka na trzecim zdjęciu ogłoszenia, a ja siedziałam w kuchni z tabletem na kolanach i nie mogłam przewinąć dalej.
"Wózek 3w1, prawie nieużywany, okazja. Gondola, spacerówka, fotelik. Odbiór osobisty, Kielce, Ślichowice". Tysiąc pięćset złotych do negocjacji.
Ślichowice. Nasze osiedle. Trzy bloki ode mnie mieszka mój syn Bartek z Pauliną i z Lenką, która w marcu skończy roczek. Szukałam fotelika samochodowego dla Krysi z drugiego piętra, bo jej córka przyjeżdża z Holandii z wnukiem na Wszystkich Świętych, a Krysia w tych internetach, jak sama mówi, "gubi się jak dziecko we mgle". Wpisałam "fotelik", zaznaczyłam Kielce. I OLX, mądrzejszy ode mnie, podsunął mi zestaw z fotelikiem w komplecie.
Oliwkowa gondola. Brązowa rączka z ekoskóry. Tło za wózkiem - szafa z lustrem w przedpokoju, którą sama pomagałam Paulinie wybierać w Castoramie.
Wybrałam numer Bartka. Odrzucił po drugim sygnale, a po chwili przyszedł SMS: "Jestem w robocie, oddzwonię wieczorem". Patrzyłam na te słowa długo. Od lata Bartek ciągle był "w robocie".
Poszłam do Krysi w kapciach, z tabletem pod pachą.
- Danusia, co ty taka biała? - Krysia odsunęła garnek z gołąbkami. - Siadaj.
Pokazałam jej zdjęcie. Przybliżyła palcem, jak ją uczyłam, i zamilkła.
- To ten twój? Z marca?
- Ten mój.
- No to ja napiszę - powiedziała po chwili. - Mnie nie znają. Zapytam, czy aktualny.
Napisała z błędami, powoli, jednym palcem: "Dzien dobry czy wózek jest jeszcze aktualny, mogę obejrzeć jutro". Odpowiedź przyszła po czterech minutach. "Aktualny, zapraszam po 16. Blok 14, czwarte piętro bez windy, przepraszam". Adres znałam lepiej niż własny PESEL.
Tej nocy prawie nie spałam. Leżałam i liczyłam, i nie chodziło o pieniądze. Liczyłam niedziele. Bartek nie przyszedł na obiad w lipcu, bo nadgodziny. W sierpniu też. Ich srebrne auto zniknęło spod bloku - "w warsztacie, mamo, skrzynia biegów". Paulina, która zawsze się krygowała, kiedy wciskałam jej słoiki z rosołem i pierogami, od wakacji brała wszystko, co dawałam, i dziękowała trochę za długo. A we wrześniu przyszła do mnie z Lenką w takiej cienkiej, składanej spacerówce.
- A tamten wózek? - zapytałam wtedy.
- W piwnicy, mamo. Ten lżejszy, do sklepu.
I ja to przyjęłam. Bo chciałam przyjąć.
Następnego dnia o szesnastej wchodziłam po schodach bloku numer czternaście. Szłam tędy setki razy, ze słoikami, z praniem, z balonami na pierwsze urodziny, które dopiero miały być. Ale pierwszy raz liczyłam stopnie.
Na trzecim piętrze musiałam przystanąć. I pierwszy raz pomyślałam o tym, o czym powinnam była pomyśleć w marcu, w tamtym jasnym sklepie przy Warszawskiej, kiedy sprzedawca chwalił solidną ramę i pompowane koła. Że to wszystko ktoś musi wnieść. Codziennie. Na czwarte piętro.
Paulina otworzyła z Lenką na biodrze, w za dużej bluzie Bartka. Uśmiech, przygotowany dla obcej kobiety, zastygł jej na twarzy.
- Mamo... - szepnęła. - A gdzie pani Krystyna?
- Pani Krystyna nie przyjdzie.
Wózek stał w przedpokoju, wyczyszczony, z gondolą przykrytą kocykiem. Różaniec wisiał tam, gdzie go zawiesiłam w kwietniu przed pierwszym spacerem. Lenka wyciągnęła do mnie rączki i zagulgotała, jakby nic się nie stało. Dla niej się nie stało.
- Ja chciałam go zdjąć - powiedziała Paulina szybko, za szybko. - Naprawdę. Zapomniałam przy zdjęciach, a potem było mi głupio poprawiać ogłoszenie, bo...
Urwała. Postawiła czajnik. Usiadłyśmy w ich małej kuchni, gdzie ledwo mieszczą się dwa krzesła i krzesełko do karmienia.
- Ja go nosiłam od kwietnia - zaczęła, patrząc w kubek. - Gondolę na rękach, ramę na drugi kurs. Lenka na dole w wózku, ja biegam po schodach i się modlę, żeby nikt jej nie ruszył. Kręgosłup mi wysiadł w czerwcu. Mamo, ja w tym sklepie chciałam powiedzieć, że my mieszkamy na czwartym. Ale mama się tak cieszyła...
- A pieniądze? - zapytałam cicho.
Milczała tak długo, że odpowiedź sama usiadła między nami.
- Bartek od lipca nie ma etatu - powiedziała w końcu. - Hurtownię zamknęli z dnia na dzień. Jeździ na zlecenia, jak ktoś zadzwoni. Auto sprzedaliśmy, żeby spłacić kredyt na nie. Ja jestem na rodzicielskim, wie mama, ile to jest. Spacerówkę wzięłam za trzysta z ogłoszenia. A ten... ten by nam starczył na listopad.
- Dlaczego mi nikt nie powiedział?
- Bo on nie chciał. - Paulina podniosła wreszcie oczy. - Mówi, że mama całe życie liczyła każdą złotówkę, robiła na trzy zmiany w tej piekarni, i on nie przyjdzie do mamy z ręką wyciągniętą jak dzieciak. Że sam ogarnie. Po nowym roku.
W zamku zgrzytnął klucz. Bartek stanął w drzwiach z siatką z Biedronki i zobaczył po kolei: mnie, wózek, różaniec, żonę z czerwonymi oczami. Siatkę postawił bardzo ostrożnie, jakby było w niej szkło.
- Mamo, ja miałem powiedzieć - zaczął.
- Kiedy? - Nie krzyczałam. Nie miałam siły krzyczeć. - Jak już sprzedacie meble?
Opuścił głowę. Trzydzieści dwa lata, a stał przede mną jak w siódmej klasie, kiedy przyniósł dwóję z matematyki i schował dzienniczek pod wycieraczką.
I wtedy, w tej ciasnej kuchni, przypomniał mi się mój własny wózek. Ten, w którym woziłam Bartka w dziewięćdziesiątym czwartym. Pożyczony od szwagierki, z kołem, które skrzypiało na całe osiedle.
Wstydziłam się go. Pchałam go wieczorami, żeby mniej osób widziało. Przysięgłam sobie wtedy, że moje dzieci, a potem wnuki, będą miały wszystko nowe. W tamtym sklepie przy Warszawskiej nie kupowałam wózka dla Lenki. Kupowałam go dla dwudziestoparoletniej Danki ze skrzypiącym kołem. A Paulina tylko się na to grzecznie zgodziła.
Wstałam, podeszłam do wózka i odpięłam różaniec. Koraliki były ciepłe od kaloryfera.
- Sprzedajcie - powiedziałam.
- Mamo, nie, my go zdejmiemy z OLX-a, my...
- Prezent to prezent. Jest wasz. Sprzedajcie. - Zawiesiłam różaniec na rączce składanej spacerówki, która stała pod ścianą. - I od listopada, jak Bartek znajdzie coś na zmiany, to Lenka trzy dni u mnie. Ja całe życie robiłam na zmiany. Wiem, jak to jest, jak nie ma z kim zostawić dziecka.
Bartek nic nie powiedział. Podszedł tylko i oparł czoło o moje ramię, jak wtedy, kiedy był mały i za ciężki, żeby go nosić.
Wózek poszedł po tygodniu, do młodej pary z Morawicy, za tysiąc trzysta. Krysia kupiła fotelik od jakiejś pani z Bocianka za dwieście złotych i do dziś opowiada, że to ona rozwiązała rodzinną aferę.
Różaniec mamy wisi teraz na spacerówce za trzysta złotych. Lenka ciągnie krzyżyk do buzi i wcale jej nie przeszkadza, na czym jeździ.
Mama by się pewnie uśmiechnęła. Ona zawsze mówiła, że różaniec nie sprawdza, na czym wisi.