Mąż odszedł do Basi z księgowości półtora roku temu. W sobotę stał pod drzwiami z walizką i sernikiem z cukierni na rogu - "twój ulubiony". Postawiłam czajnik, pokroiłam. Przy drugim kawałku powiedział: "Basiu, nikt nie parzy herbaty tak jak ty".

- Ela, otwórz. To ja. Nie mam klucza.

No pewnie, że nie miał. Klucz zostawił półtora roku temu na meblościance, obok kryształowego wazonu po mojej mamie, i wyszedł z dwiema reklamówkami ubrań. Teraz stał za drzwiami, a ja stałam w przedpokoju z rękami w mące, bo akurat lepiłam pierogi na niedzielę. Magda miała przyjechać z Krakowa z małym.

Spojrzałam przez wizjer. Andrzej. Szary płaszcz, który sama mu kupiłam w Galerii Echo trzy zimy temu. Walizka na kółkach - ta niebieska, z którą jeździliśmy do Kołobrzegu. I w drugiej ręce pudełko przewiązane sznurkiem. Znałam to pudełko. Cukiernia pani Stasi, róg Paderewskiego.

- Ela, wiem, że jesteś. Słyszę radio.

Wytarłam ręce w fartuch. Pomyślałam, że jak nie otworzę, to sąsiadka z naprzeciwka i tak wszystko zobaczy przez swój wizjer, a w poniedziałek będzie wiedział cały blok. Otworzyłam.

- Sernik - powiedział od progu i podał mi pudełko jak przepustkę. - Twój ulubiony. Z rodzynkami, nie z brzoskwinią.

Pamiętał. Przez trzydzieści cztery lata małżeństwa nie zapamiętał, kiedy mam imieniny, ale sernik z rodzynkami pamiętał.

- Wejdź - powiedziałam. - Tylko buty zdejmij, umyłam podłogę.

Walizkę zostawił w przedpokoju, przy wieszaku. Postawiona tak, jakby wróciła na swoje miejsce. Udałam, że jej nie widzę.

Rozwód dostaliśmy w lutym, bez orzekania o winie, w dwadzieścia minut. Sędzina zapytała, czy jest szansa na pojednanie, a Andrzej odpowiedział "nie" szybciej niż ja. Mieszkanie było po moich rodzicach, więc nie było o co się kłócić. On zabrał wiertarkę, telewizor z sypialni i zdjęcia z wojska. Ja zostałam z resztą. Z kuchnią, w której nagle było za dużo talerzy. Z łóżkiem, które przez pierwsze miesiące ścieliłam tylko z jednej strony, bo po co dwie.

Basia pracowała z nim w firmie przewozowej, w księgowości. Czterdzieści sześć lat, rozwiedziona, syn w liceum. Widziałam ją raz, na firmowym grillu, jeszcze zanim cokolwiek się zaczęło. Miła. Śmiała się głośno, nosiła kolorowe apaszki. Przyniosła sałatkę z ananasem, której nikt nie jadł, i było mi jej trochę żal. Potem przestało mi być żal.

Postawiłam czajnik. Andrzej usiadł na swoim krześle - tym przy oknie, z którego zawsze patrzył na parking, czy nikt mu nie zarysował auta. Siedział, jakby nigdy z niego nie wstawał.

- Ładnie tu - powiedział. - Firanki nowe.

- Stare były żółte.

- Nie były żółte.

- Były, Andrzej. Tylko ty nie patrzyłeś.

Zamilkł. Pokroiłam sernik. Wyjęłam dwa talerzyki z serwisu, którego używaliśmy od święta, sama nie wiem po co. Może żeby mieć zajęte ręce. Zalałam herbatę. Jemu - jak zawsze - mocną, bez cukru, z plasterkiem cytryny wrzuconym od razu, nie na spodek. Trzydzieści cztery lata robiłam mu tę herbatę. Ręce zrobiły ją same.

Zjadł pierwszy kawałek w milczeniu. Ja nie ruszyłam swojego.

- Wyrzuciła cię? - zapytałam w końcu.

Wzruszył ramionami. Długo mieszał herbatę, chociaż nie było w niej cukru.

- Nie tak, że wyrzuciła. Powiedziała, żebym się zastanowił. Że ona nie chce być... - urwał. - Że nie chce żyć z kimś, kto jest myślami gdzie indziej.

- Gdzie indziej, czyli gdzie?

- Ela, daj spokój.

- Pytam.

Odstawił łyżeczkę. Popatrzył na parking.

- Mówiłem do niej "Ela". Parę razy. Jak się zamyśliłem. I narzekałem, że zupę soli za późno. I że herbatę robi nie tak. Ona miała rację, wiesz? Kto by to wytrzymał.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez półtora roku wyobrażałam sobie tę scenę na sto sposobów. Że wraca i płacze. Że wraca i mnie przeprasza na kolanach. Że ja mu mówię coś tak mądrego, że zapamięta do końca życia. A on siedział, łysiejący, sześćdziesiąt trzy lata, z okruchami sernika na swetrze, i opowiadał mi, że tęsknił za moją zupą.

Nie za mną. Za zupą.

- Ela - zaczął, ciszej. - Ja wiem, że nawaliłem. Ale my się znamy jak łyse konie. Po co mamy na starość siedzieć każde w swoim kącie? Magda by się ucieszyła. Mały by miał dziadka na miejscu.

Nałożyłam mu drugi kawałek. Nie wiem, dlaczego. Odruch. Całe życie dokładałam mu drugi kawałek, zanim zdążył poprosić.

Ugryzł. Popił herbatą. Odchylił się na krześle, zamknął oczy, a na twarzy pojawił mu się ten wyraz, który znałam z niedzielnych obiadów - wyraz człowieka, który jest w domu.

- Basiu - westchnął - nikt nie parzy herbaty tak jak ty.

Zegar w pokoju tykał. Radio grało coś Krawczyka. Andrzej otworzył oczy i zobaczyłam, jak dociera do niego, co powiedział. Najpierw zrobił się czerwony na szyi, potem na policzkach, potem odstawił szklankę tak ostrożnie, jakby była ze szkła cieńszego niż jest.

- Ela, ja...

I wtedy się roześmiałam.

Nie histerycznie. Nie ze złości. Śmiałam się tak, jak nie śmiałam się od półtora roku - aż musiałam oprzeć się o blat, aż łzy mi pociekły, a mąka z fartucha posypała się na podłogę, którą rano myłam. Andrzej patrzył na mnie przerażony, a ja nie mogłam przestać.

Bo zrozumiałam coś, czego nie rozumiałam przez wszystkie te noce, kiedy leżałam po swojej stronie łóżka i myślałam, czym ona jest lepsza ode mnie. Ona nie była lepsza. Ja nie byłam lepsza. Andrzejowi było wszystko jedno, która z nas stoi przy czajniku. Ważne, żeby ktoś stał. Żeby zupa była posolona w porę, cytryna wrzucona od razu, a krzesło przy oknie czekało. U niej mówił "Ela", u mnie mówi "Basia". I u żadnej z nas nie był naprawdę.

- Przepraszam - wydusił. - Ela, to tylko słowo, to z przyzwyczajenia...

- Wiem, Andrzej. - Otarłam oczy rękawem. - Właśnie dlatego.

Siedział długo. Potem zapytał, czy może chociaż przenocować, bo do brata do Buska zadzwoni dopiero wieczorem, Mirek w soboty jeździ na ryby. Pozwoliłam mu poczekać do wieczora. Usiadł przed telewizorem i obejrzał skoki narciarskie. Ja dolepiłam pierogi. Rozmawialiśmy o Magdzie, o wnuku, o tym, że w bloku wymieniają windę. Normalnie. Spokojnie. Jak dwoje ludzi, którzy kiedyś coś razem mieli i już tego nie mają.

O siódmej przyjechał Mirek. Odprowadziłam Andrzeja do klatki. Resztę sernika zapakowałam mu z powrotem do pudełka, razem ze sznurkiem.

- Ty go weź - powiedziałam. - Mirek też lubi z rodzynkami.

Zatrzymał się na schodach, z walizką w ręce. Spojrzał na mnie tak, jakby pierwszy raz od lat naprawdę mnie zobaczył - nie żonę, nie kucharkę, nie kobietę przy czajniku. Mnie.

- Zmieniłaś się, Ela.

- Nie - odpowiedziałam. - Po prostu teraz patrzysz.

Następnego ranka zaparzyłam sobie herbatę. Słabą, z miodem i z cytryną na spodeczku, tak jak lubiłam jeszcze w liceum, zanim przez trzydzieści cztery lata zapomniałam, jak lubię. Usiadłam na krześle przy oknie. Parking był pełny, słońce świeciło na nowe firanki.

Pierwszy raz od dawna nikt nie mówił, że robię herbatę najlepiej na świecie. I pierwszy raz od dawna smakowała mi naprawdę.