Od września bliźniaki z trzeciego piętra przychodzą do mnie po szkole, bo rodzice wracają z pracy po szóstej. Nauczyłam ich grać w państwa-miasta, tak jak kiedyś swoje dzieci. W piątek zapukała ich mama: co to za aplikacja, bo przy kolacji kłócą się o rzeki na "ż". Zeszyt w kratkę i długopis.

- Pani Jolu, przepraszam, że tak w piątek wieczorem, ale ja muszę zapytać. Co to za aplikacja?

Karolina z trzeciego piętra stała w moich drzwiach w kurtce, z torebką jeszcze na ramieniu, jakby nawet nie zdążyła wejść do siebie. Tusz rozmazany pod jednym okiem, w ręce klucze. Za nią na klatce paliło się to światło na czujnik, które gaśnie po pół minuty.

- Jaka aplikacja? - nie zrozumiałam.

- No ta, w którą chłopaki u pani grają. Wczoraj przy kolacji Franek rzucił widelcem, bo Antek powiedział, że Żółta Rzeka się nie liczy, bo jest na "r". Michał się śmiał, ja nie, bo mi sos poleciał na obrus. A oni do mnie: mama, u pani Joli tak się gra. To ja chcę wiedzieć, ile to kosztuje i czy tam nie ma reklam, bo pani wie, jak to jest z tymi grami...

Światło zgasło. Karolina machnęła ręką, zapaliło się znowu. A ja zaczęłam się śmiać tak, że musiałam się oprzeć o framugę.

- Niech pani wejdzie - powiedziałam. - Pokażę pani tę aplikację.

Zaprowadziłam ją do kuchni, wyciągnęłam z szuflady pod chlebakiem zeszyt w kratkę, sześćdziesiąt kartek, z krową na okładce, i długopis z logo apteki. Położyłam na ceracie.

- To? - Karolina patrzyła na zeszyt, jakby jej podsunęła cegłę.

- To. Państwo, miasto, rzeka, imię, zwierzę, roślina, rzecz. Ja mówię w myślach alfabet, ktoś mówi "stop", i jedziemy. Kto pierwszy skończy, woła "koniec" i reszta odkłada długopisy.

Usiadła na taborecie, ciągle w kurtce, i zaczęła przewracać kartki. Krzywe kolumny, dwa charaktery pisma. Antek pisze drobno i równo, Franek wielkimi literami, które wyłażą poza kratki. A na marginesach moje dopiski ołówkiem: "Żabka - nie, to sklep", "Hel - jako miasto tak, jako państwo nie", "Bo to jest osioł - za długie, Franek".

Karolina zaczęła się śmiać przy tej Żabce. A potem przestała.

Wszystko zaczęło się na początku września. Wracałam z Biedronki z dwiema siatkami i na schodach między pierwszym a drugim piętrem siedzieli oni - dwa chude dziewięciolatki z tornistrami większymi od pleców. Antek zgubił klucz, a Franek swojego nie wziął, bo "przecież Antek ma".

Telefon do mamy nie odpowiadał. Wpuściłam ich, nakarmiłam pomidorową, a kiedy Karolina wpadła po szóstej, cała w nerwach, przepraszała tak długo, że w końcu powiedziałam: niech przychodzą. Mam sześćdziesiąt trzy lata, od czterech jestem wdową, od dwóch na emeryturze po trzydziestu latach w sklepie obuwniczym na Krakowskiej. Mieszkanie na drugim piętrze w Opolu zrobiło się nagle za ciche.

Karolina chciała płacić. Odmówiłam. Więc co tydzień przynosiła ciasto ze sklepu, a ja udawałam, że go nie potrzebuję.

Pierwsze tygodnie były ciężkie. Chłopcy siadali na kanapie z telefonami i tyle ich było. Odrabiali lekcje byle jak, żeby szybciej wrócić do ekranu. Któregoś deszczowego dnia w październiku rozładowały im się oba telefony naraz, a ładowarkę Franek zostawił w szkole. Antek patrzył na mnie jak na kogoś, kto mu zabrał powietrze.

- I co teraz robimy? - zapytał z pretensją.

Wtedy wyjęłam zeszyt. Tak jak trzydzieści lat temu, kiedy mój Zdzisław brał nocki na kolei, a ja wracałam ze sklepu o wpół do siódmej i nie miałam siły ani pieniędzy na nic innego. Państwa-miasta to jedyna gra, w którą można grać, obierając ziemniaki. Bartek z Ewą wołali litery, ja dyktowałam swoje odpowiedzi znad garnka.

- To jakaś gra dla dziadków - mruknął wtedy Franek.

Po godzinie nie chcieli iść do domu.

Karolina zamknęła zeszyt i położyła na nim obie dłonie, płasko, jakby go przytrzymywała.

- Oni o pani mówią więcej niż o mnie - powiedziała cicho. - Wie pani, co ja z nimi robię? Wracam, robię kolację, sprawdzam lekcje na szybko, pranie wstawiam. O dziewiątej spać. W weekend Michał ma fuchy, ja odsypiam. Ja nie pamiętam, kiedy ja z nimi w cokolwiek grałam.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc nastawiłam wodę na herbatę.

- Moja mama pracowała na dwie zmiany w szwalni - mówiła dalej, patrząc w okno. - Ja się zarzekałam, że u mnie będzie inaczej. A wyszło tak samo. Tylko że ja jeszcze myślałam, że pani im daje jakąś grę na telefon, i byłam zła. Rozumie pani? Zła. Że pani im pozwala, a ja potem muszę zabierać.

- Pani Karolino - postawiłam przed nią kubek. - Myśli pani, że ja miałam czas? Ja ich wychowywałam w biegu. Oni do dziś pamiętają nie to, ile czasu miałam, tylko że coś było nasze.

Pokiwała głową, ale widziałam, że jej nie przekonałam. Wtedy wyciągnęłam z szuflady nowy zeszyt. Kupiłam we wrześniu całą paczkę, pięć sztuk, bo w osiedlowym papierniczym była promocja.

- Proszę. Niech pani dziś przy kolacji zawoła "stop". Zobaczy pani, co się będzie działo.

Wyszła z zeszytem przyciśniętym do piersi, jakby to był jakiś dokument.

W sobotę rano coś mnie podkusiło. Zdjęłam z szafy pudełko po butach, jeszcze z mojego sklepu, i wysypałam na łóżko stare zeszyty. Kartki pożółkłe, długopis wyblakły. Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty czwarty rok. Rzeka na "ż": Bartek napisał "Żyrardów", a pod spodem Ewa dopisała swoim okrągłym pismem: "to miasto, głupku". Przekreślone przeze mnie, z dopiskiem: "bez wyzywania".

Siedziałam z tym zeszytem na kolanach i płakałam jak głupia. Potem zrobiłam zdjęcie i wysłałam Bartkowi do Holandii. Od sześciu lat mieszka w Eindhoven, ma żonę Holenderkę i córeczkę Lenę. Dzwoni co dwa tygodnie, krótko, zawsze w biegu.

Odpisał po godzinie: "Mamo, ja to pamiętam". I nic więcej.

W niedzielę po obiedzie nie mogłam usiedzieć w domu. Zeszłam na ławkę przed blokiem, pod bzy, które właśnie zaczęły kwitnąć, z telefonem w ręce i zeszytem na kolanach. Sama nie wiedziałam, na co czekam. I wtedy zadzwonił. Z kamerą.

- Mamo, mam prośbę - powiedział od razu, bez "co słychać". - Lena coraz gorzej mówi po polsku. W szkole wszystko po holendersku, w domu też, bo ja wracam późno... Zagrałabyś z nią? W to. Przez telefon. W niedziele.

Z boku ekranu wysunęła się mała, jasna główka. Lena ma siedem lat i mówi do mnie "babcia" z takim akcentem, że serce się kraje.

- Babciu - zapytała, marszcząc nos - a co to jest "ż" z kropką?

Zagrałyśmy tego dnia trzy rundy. Na "ż" Lena napisała "żyrafa" i była z siebie dumna przez dziesięć minut.

W następny piątek o wpół do siódmej znowu ktoś zapukał. Na wycieraczce stali wszyscy czworo: Karolina, Michał w roboczej bluzie i bliźniaki, każdy z zeszytem.

- Pani Jolu, rozstrzygnie pani? - zapytał Michał z miną człowieka, który przegrał zakład. - Bo oni twierdzą, że jest w Polsce rzeka Żylica. A ja mówię, że sobie wymyślili.

- Jest - powiedziałam. - Na Śląsku. Wpada do Soły.

Antek wzniósł obie ręce do góry, a Franek zaczął tańczyć na klatce. Karolina stała z boku i się śmiała, tym razem bez tuszu pod okiem.

Najlepsza aplikacja, jaką znam, kosztuje parę złotych w papierniczym, ma krowę na okładce i działa tylko wtedy, kiedy ktoś usiądzie obok.