Dom pod Siedlcami przepisałam córce w zeszłym roku - "tak się teraz robi, mamo, wszyscy tak robią". Od września w soboty przyjeżdżają obcy ludzie z panią z biura nieruchomości, a córka prosi, żebym wtedy szła do sąsiadki na kawę, "bo ludzie się krępują". Sąsiadka pokazała mi ogłoszenie w telefonie: "Dom do zamieszkania od zaraz, wolny od lokatorów".

Poznałam firanki. Najpierw firanki, dopiero potem wszystko inne - te z haftowanym brzegiem, które sama skracałam na maszynie, bo w sklepie w Siedlcach mieli tylko za długie. Wisiały na zdjęciu w telefonie Teresy, w moim oknie, w moim pokoju, a pod spodem ktoś napisał: "Dom do zamieszkania od zaraz, wolny od lokatorów".

- Jola, ja nie chciałam... - Teresa odsunęła ode mnie cukiernicę, jakby to ona była winna. - Wnuczka mi pokazała. Mówi, babciu, przecież to dom pani Joli. No to patrzę. I patrzę.

Przewinęłam palcem. Kuchnia z kaflami w słoneczniki. Ganek. Sad, sfotografowany od strony stodoły, żeby było widać, jak duża jest działka. Cena, której nie umiałam przeczytać do końca, bo zera skakały mi przed oczami. I to jedno zdanie, które czytałam w kółko, aż przestało cokolwiek znaczyć. Wolny od lokatorów.

Lokatorem byłam ja.

Przez okno Teresy widziałam swoją bramę. Stała przed nią biała skoda, a pani z biura - wysoka, w beżowym płaszczu, zawsze z teczką pod pachą - pokazywała jakiemuś małżeństwu, gdzie kończy się płot. Trzecia sobota z rzędu. Czwarta, jeśli liczyć tę wrześniową, kiedy Agnieszka zadzwoniła w piątek wieczorem.

- Mamo, jutro koło jedenastej przyjadą ludzie, tylko pooglądać. Idź może do pani Teresy na kawę, dobrze? Bo wiesz, ludzie się krępują, jak ktoś za nimi chodzi.

Zapytałam wtedy, po co mają oglądać. Powiedziała, że "na razie tylko wycena", że "trzeba wiedzieć, ile to jest warte", że "tak się robi". Tak się robi - to było jej ulubione zdanie od ponad roku.

Bo rok wcześniej, w listopadzie, siedziałyśmy u notariusza w Siedlcach i Agnieszka trzymała mnie za rękę. Ja - sześćdziesiąt sześć lat, wdowa od pięciu, trzydzieści lat za ladą sklepu spożywczego, który prowadziliśmy z Kaziem przy szosie, dopóki w gminie nie otworzyli marketu. Ona - jedynaczka, w Warszawie od studiów, mąż Paweł, dwoje dzieci, mieszkanie na kredyt w Ursusie.

- Mamo, tak się teraz robi, wszyscy tak robią - mówiła w samochodzie. - Potem nie ma sądu, spadku, papierologii. Przepisujesz za życia i masz spokój. Koleżanki z pracy wszystkie tak zrobiły z rodzicami.

I ja jej wierzyłam. Dlaczego miałabym nie wierzyć? Kto by mi ten dom miał zabrać, jak nie ona, a ona przecież nie zabierze.

Tylko jedno uparłam się wtedy dopisać. Notariusz, starszy pan z siwą bródką, zapytał, czy chcę ustanowić służebność mieszkania. Agnieszka przewróciła oczami, Paweł westchnął, że to niepotrzebne, przecież rodzina.

A ja powiedziałam, że chcę. Nie dlatego, że nie ufałam córce. Dlatego, że pamiętałam swoją matkę, która po śmierci ojca "na chwilę" przeprowadziła się do mojego brata, a jej dom poszedł do obcych w pół roku. Umarła w pokoiku za kuchnią, z tapczanem i telewizorem. Mówiła, że jej dobrze. Nigdy jej nie uwierzyłam.

Siedziałam teraz u Teresy, z telefonem w ręku, i pierwszy raz od roku pomyślałam o tamtej siwej bródce.

- Pójdę już - powiedziałam.

- Jola, zostań, oni zaraz pojadą...

- No właśnie dlatego.

Wróciłam, kiedy skoda odjeżdżała. W kuchni pachniało cudzymi perfumami. Otworzyłam w kredensie szufladę pod obrusami i wyjęłam teczkę z aktem. Szukałam długo, bo prawnicze zdania zlewały mi się w jedno, ale było. Paragraf czwarty. Dożywotnia i nieodpłatna służebność osobista mieszkania na rzecz darczyńcy. I dalej, że wpisuje się ją do księgi wieczystej.

Nie spałam tej nocy. Nie ze złości - złość przyszła dopiero rano. W nocy było coś gorszego. Wstyd, że dałam się wysyłać na kawę jak dziecko, które przeszkadza dorosłym.

W następny piątek Agnieszka zadzwoniła o tej samej porze.

- Mamo, jutro o jedenastej...

- Wiem - powiedziałam. - Będę w domu.

Cisza. Słyszałam w tle telewizor i Pawła, który pytał: "No i co?".

- Mamo, ale prosiłam cię...

- Ja też cię kiedyś o coś prosiłam. U notariusza. Pamiętasz?

Rozłączyła się bez słowa. W sobotę za dwadzieścia jedenasta jej samochód stał już pod bramą.

Weszła do kuchni szybko, w kurtce, z kluczykami w dłoni. Zobaczyła mnie przy stole - w czystej bluzce, z aktem notarialnym przed sobą i herbatą, której nie piłam.

- Mamo, co ty robisz?

- Siedzę w swojej kuchni.

- Zaraz przyjadą ludzie, którzy są naprawdę zainteresowani. Pani Ewelina mówi, że to pewni kupcy, kredyt mają prawie...

- To niech przyjadą. Powiem im, że sprzedajesz dom z matką w środku.

Usiadła. Kluczyki położyła na ceracie i długo na nie patrzyła.

Pani Ewelina przyjechała punktualnie, z młodym małżeństwem i chłopcem w kaloszach. Przywitałam się. Zapytałam, czy napiją się herbaty. A kiedy mężczyzna zaczął opukiwać ścianę przy piecu, powiedziałam spokojnie, tak jak kiedyś mówiłam klientom, że chleb będzie dopiero po dziesiątej:

- Proszę państwa, żeby nie było nieporozumień. Ja tu mieszkam. Mam dożywotnią służebność, wpisaną w księgę wieczystą. Nigdzie się nie wybieram.

Pani Ewelina zrobiła się czerwona aż po dekolt.

- Pani Agnieszko, przecież ustalałyśmy, że mama podpisze zrzeczenie u notariusza przed umową...

Młoda kobieta wzięła chłopca za rękę. Wyszli w pięć minut. W kuchni zostałyśmy we dwie i ten zapach perfum, tym razem pani Eweliny.

Nie krzyczałam. Myślałam, że będę, a nie krzyczałam. Agnieszka płakała tak, jak w podstawówce, kiedy dostała pałę z matematyki i bała się ojca - bez dźwięku, z otwartymi oczami.

- Paweł od marca nie pracuje - powiedziała w końcu do ceraty. - Firma się zamknęła. Szukał, mamo, naprawdę szukał. Ciągnę wszystko sama, rata poszła w górę, dwie już zaległe, bank przysyła pisma. Myślałam, że sprzedamy, spłacimy, a ciebie weźmiemy do nas. Albo znajdziemy ci coś małego w Siedlcach, blisko przychodni. Ty tu sama zimą, z tym piecem...

- I kiedy chciałaś mi to powiedzieć? Jak pani Ewelina przywiezie notariusza?

- Jak będzie kupiec. Żebyś wiedziała, że to nie na niby.

- A te kawy u Teresy?

Podniosła wreszcie głowę.

- Bałam się, że jak zobaczysz obcych w swojej kuchni, to się nie zgodzisz.

- No i miałaś rację.

Zrozumiałam ją wtedy - i to było najtrudniejsze. Nie była złą córką. Była przestraszoną kobietą po czterdziestce, która wolała okłamywać matkę, niż przyznać, że jej życie się sypie. Tylko że musiała wybrać, kogo tym razem poświęcić. I wybrała mnie, bo byłam najbliżej i najciszej.

- Domu nie sprzedasz - powiedziałam. - Ani teraz, ani na wiosnę. Ale za sadem jest prawie piętnaście arów, których ojciec nigdy nie obsiał, bo mówił, że to dla wnuków, na dom. Wnuki mieszkają w Warszawie. Weź geodetę, podziel. Ja podpiszę, że moje prawo zostaje przy domu, a tamten kawałek zwalniam. Tylko tyle. I nigdy więcej nie wysyłaj mnie na kawę.

Notariusz - już inny, młodszy - powiedział, że da się to zrobić. Geodeta przyjechał w lutym, w marcu na płocie za sadem zawisła tabliczka. Kupili młodzi z Siedlec, on stolarz, ona na świetlicy w szkole. Pieniędzy wystarczyło na zaległe raty i trochę oddechu - to Agnieszka mi potem napisała w SMS-ie, bo na głos jeszcze nie umiała.

Ogłoszenie z moimi firankami zniknęło z internetu w listopadzie. Teresa sprawdzała co tydzień i za każdym razem mi o tym mówiła, jakby czytała prognozę pogody.

Z Agnieszką rozmawiamy. Inaczej niż kiedyś, ostrożniej, z dłuższymi przerwami. Na Wielkanoc przyjechali wszyscy. Paweł od lutego jeździ jako kierowca w hurtowni, przywiózł mi rozsadę pomidorów i sam wkopał ją pod ścianą stodoły. Przy stole nikt nie powiedział "tak się robi".

A w maju, kiedy zakwitły jabłonie, stałam przy płocie i patrzyłam, jak młody stolarz wbija paliki pod fundament. Pomachał mi. Odmachałam.

Dom jest do zamieszkania od zaraz. Tylko lokatorka zostaje.