Mąż umarł w marcu. W sierpniu przyszło na jego nazwisko pismo z prywatnej szkoły muzycznej w Olsztynie: przypomnienie o czesnym za wrzesień, uczennica Oliwia, skrzypce, trzeci rok nauki. Żadnej Oliwii w rodzinie nie mamy.
Koperta była biała, z grubego, porządnego papieru i leżała w skrzynce między gazetką z Lidla a rachunkiem za gaz. "Pan Grzegorz Wilczek". Od marca przychodziło jeszcze sporo listów na jego nazwisko - z banku, z ZUS-u, raz nawet z biblioteki, że nie oddał kryminału. Nauczyłam się je otwierać bez drżenia rąk. Ten rozerwałam na schodach, między drugim a trzecim piętrem, bo winda znowu stała.
"Uprzejmie przypominamy o terminie wpłaty czesnego za wrzesień. Uczennica: Oliwia Sadowska. Klasa skrzypiec, rok nauki: trzeci." Na dole pieczątka szkoły muzycznej "Pod Lipami". A w rubryce "płatnik" - Grześ. Nasz adres na Zatorzu. Jego numer telefonu.
Zaśmiałam się na głos, aż sąsiadka z czwartego wychyliła się przez poręcz. Pomyłka. Komputer coś pokręcił.
Zadzwoniłam jeszcze tego samego popołudnia. Odebrała młoda dziewczyna, sądząc po głosie.
- Dzień dobry, dostałam od państwa pismo na nazwisko męża. To chyba pomyłka, my nie mamy żadnej Oliwii.
- Pan Grzegorz Wilczek? - Stuknęła w klawiaturę. - Nie, wszystko się zgadza. Umowa jest na pana Grzegorza od trzech lat. Mama Oliwii wpłacała w kwietniu, maju i czerwcu, ale płatnikiem dalej jest...
- Mój mąż nie żyje od marca.
Cisza. Potem coś jakby westchnienie.
- O Boże. Przepraszam panią. Ja nie wiedziałam... On przecież w każdą sobotę siedział u nas na korytarzu, z termosem, czekał, aż Oliwka skończy lekcję. Pani z portierni zawsze mu...
Urwała. Chyba przypomniała sobie o RODO, bo szybko dodała, że więcej powiedzieć nie może i że bardzo jej przykro.
W soboty.
Odłożyłam telefon na ceratę i patrzyłam na niego, jakby miał zaraz sam coś wyjaśnić. Przez ostatnie trzy, cztery lata Grześ brał soboty w zajezdni. Wychodził o siódmej, wracał po trzeciej, z tym zapachem rozgrzanego plastiku i płynu do szyb we włosach, który znałam przez czterdzieści jeden lat małżeństwa. Trzydzieści lat za kierownicą miejskiego autobusu, a i na emeryturze nie umiał usiedzieć - dorabiał. Mówił, że w soboty lepiej płacą. Że okna w tym mieszkaniu pamiętają jeszcze stan wojenny i trzeba je w końcu wymienić.
Wieczorem zadzwoniłam do Leszka. Jeździli razem na jednej linii jeszcze za starych ikarusów. Leszek niósł trumnę.
- Jola, kochana, coś się stało?
- Leszek, powiedz mi tylko jedno. Grześ w soboty jeździł?
Słyszałam, jak w tle cichnie telewizor.
- W soboty? - powtórzył powoli. - Jola... On soboty miał wolne. Sam prosił w grafiku.
- Od kiedy?
- No... ze trzy lata będzie. Myślałem, że wy na działkę jeździcie.
Działkę sprzedaliśmy dziesięć lat temu.
Tej nocy nie spałam. Leżałam po swojej stronie łóżka, bo wciąż nie umiałam przesunąć się na środek, i wracał do mnie pogrzeb. Marzec, deszcz ze śniegiem, parasole. Przy bramie cmentarza, z daleka od wszystkich, stała kobieta w ciemnym płaszczu, a przy niej dziewczynka w granatowej kurtce z kapturem. Dziewczynka płakała tak, że trzęsły jej się ramiona. Pomyślałam wtedy: pasażerka, pewnie jeździła z Grzesiem do szkoły, był lubiany. Odeszły, zanim zasypano grób.
Rano wyjęłam z szuflady jego telefon. Ładowałam go co tydzień, sama nie wiem po co. Kontakty: "Bartek", "Jola", "Leszek zajezdnia", "Przychodnia". I "M. Sad."
Widziałam to kiedyś. Może dwa lata temu podał mi telefon, żebym zrobiła mu zdjęcie z kuzynem na imieninach. Zapytałam, kto to "M. Sad.". - Sadowski, z warsztatu, od hamulców - mruknął. I poszłam obierać ziemniaki.
Zadzwoniłam. Po czwartym sygnale odebrała kobieta.
- Halo?
- Dzień dobry. Dzwonię z telefonu Grzegorza Wilczka.
Długo nic. Słyszałam tylko, jak gdzieś u niej kapie kran.
- Pani Jolanta - powiedziała w końcu. Nie zapytała. Stwierdziła.
Spotkałyśmy się dwa dni później w cukierni na Starym Mieście. Była młodsza ode mnie o jakieś dwadzieścia lat, drobna, z włosami spiętymi spinką i obgryzionymi paznokciami. Zamówiła sernik i nie tknęła go ani razu. Powiedziała, że pracuje na kasie w drogerii, na zmiany.
- Ona jest jego? - zapytałam. Nie miałam siły na wstępy.
- Tak.
- Ile ma lat?
- We wrześniu skończy dwanaście.
Policzyłam w głowie, ja, czterdzieści lat księgowa w spółdzielni mieszkaniowej, liczę szybciej, niż bym chciała. Zima, kiedy Bartek wyprowadził się na stałe do Gdańska. W domu zrobiło się wtedy tak cicho, że słychać było lodówkę. Grześ brał nocne kursy. Ja siedziałam nad bilansami do dziesiątej.
- Poznaliśmy się w nocnym - powiedziała cicho Marzena. - Wracałam z drugiej zmiany. Rozmawialiśmy na pętli. On mówił, że w domu ma ciszę, aż w uszach dzwoni. To trwało pół roku. On nigdy nie chciał od pani odejść, i ja nie chciałam, żeby odchodził. A potem okazało się, że jestem w ciąży.
Zamieszała herbatę, której nie piła.
- Płakał. Na pętli, z czołem na kierownicy. Powiedziałam mu, że nic nie musi. A on, że musi. W akcie urodzenia ma ojca nieznanego, tak chciałam. Żeby do pani nigdy żadne pismo nie przyszło.
Prawie się zaśmiałam.
- No i przyszło.
- Ja bym nie zadzwoniła - powiedziała szybko. - Nigdy. Od września miałam ją wypisać. Nie dam rady sama.
- A ona wie?
- Wie, że to tata. Że ma drugą rodzinę i że tam się nie chodzi. Dzieci wiedzą więcej, niż nam się wydaje. Na pogrzeb chciała iść. Nie mogłam jej nie zabrać.
Wyjęła telefon i bez słowa przesunęła go w moją stronę. Szkolny korytarz, krzesła pod ścianą. Grześ śpi z głową opartą o kaloryfer, termos między kolanami. Obok dziewczynka z futerałem na skrzypce, pokazuje do aparatu język. Grześ ma na sobie granatowy polar z logo przewoźnika. Na lewym rękawie, przy łokciu - moja cerówka. Szarą nicią, bo granatowej akurat nie miałam.
Poczułam, jak drętwieją mi palce. Oddałam telefon tak szybko, jakby parzył.
- Dlaczego skrzypce? - zapytałam, bo nic innego nie przechodziło mi przez gardło.
- Usłyszała kiedyś grajka w przejściu pod dworcem. Stała pół godziny i nie chciała iść. Grzegorz powiedział: niech gra.
Do domu wróciłam pieszo, przez cały Olsztyn, w sandałach, które obcierały mi pięty. Usiadłam przy kuchennym stole i otworzyłam w telefonie aplikację banku, bo coś mi nie dawało spokoju od tamtej cukierni.
W kwietniu, po wizycie u notariusza, bank przelał nam z Bartkiem to, co było na kontach Grzesia. Na zwykłym prawie nic. Ale było jeszcze konto oszczędnościowe, nazwane jedną literą: "O.". Dziewięć tysięcy sześćset złotych. Przelałam to na osobne konto i nazwałam "okna". Bo przecież o to chodziło, prawda? Okna. Na jesień miał przyjść fachowiec na pomiar.
"O." jak Oliwia.
Siedziałam tak, aż zrobiło się ciemno. Potem zadzwoniłam do syna i powiedziałam mu wszystko, od koperty po cerówkę. Bartek długo milczał.
- Mamo... - odezwał się wreszcie. - To ja mam siostrę?
- Masz.
- Co chcesz zrobić?
- Jeszcze nie wiem. Ale to też twoje pieniądze, połowa.
- Mamo, rób jak czujesz. Ja się podpiszę pod wszystkim.
Nie przebaczyłam Grzesiowi. Nie przy tamtym stole i nie do dziś. Czterdzieści jeden lat i jedna dwunastoletnia tajemnica, która siedziała na korytarzu z termosem, kiedy ja smażyłam mu w sobotę kotlety na powrót z "kursu".
Ale przez tamtą noc zrozumiałam jedno: on te pieniądze odkładał latami, po trochu, z każdej emerytury i każdej sobotniej "zmiany". Nie dla mnie. Gdybym kupiła za nie okna, patrzyłabym przez te szyby do końca życia i widziała dziewczynkę z futerałem.
Następnego dnia napisałam do Marzeny SMS-a z prośbą o numer konta. Przelałam wszystko. W tytule wpisałam: "Oliwia - skrzypce". Nic więcej.
Zadzwoniła po kwadransie, płakała do słuchawki.
- Pani Jolanto, ja nie mogę tego...
- To nie ode mnie - przerwałam. - To od niego. Ja tylko wreszcie zrozumiałam, co znaczyło to "O.". I niech pani w szkole przepisze umowę na siebie.
W październiku przyszedł mi od niej krótki filmik. Nie otwierałam go przez tydzień. Potem otworzyłam, w niedzielę, przy herbacie z cytryną. Chuda dziewczynka w białej bluzce, sala z parkietem, jakaś melodia, której nie znałam. W połowie zmyliła dźwięk, skrzywiła się i grała dalej. Grześ też tak robił, kiedy się mylił - krzywił się i jechał dalej.
Okna dalej mam stare. Jak co roku uszczelnię je na zimę pianką. Grześ zawsze mówił, że jeszcze jeden sezon wytrzymają. Pierwszy raz od czterdziestu lat przyznałam mu rację bez kłótni.