Córka zabrała ode mnie babciną maszynę Singera - "na przechowanie, mamo, u ciebie w piwnicy wilgoć". W październiku koleżanka z koła gospodyń przysłała mi ogłoszenie z OLX: Singer z 1928 roku, sprawny, 2 400 złotych. Na zdjęciu otwarta szufladka, a w niej mój naparstek z Częstochowy.

Powiększyłam zdjęcie dwoma palcami, tak jak pokazywał mi wnuk, i przez chwilę zapomniałam oddychać. W lewej szufladce, obok szpulki białych nici, leżał mosiężny naparstek z wytłoczonym obrazkiem Matki Boskiej i napisem "Częstochowa". Wgnieciony z jednej strony. Wgniotłam go sama, w siedemdziesiątym dziewiątym, kiedy upuściłam go na kamienie pod klasztorem, a babcia Stefania syknęła, że w takim miejscu rzeczami się nie rzuca.

Telefon zabrzęczał znowu. Krysia.

- No i co? Twoja? Bo jak opowiadałaś na zebraniu o tej maszynie po babci, to mi się od razu skojarzyło. Rocznik się zgadza i w ogóle.

Odpisałam jedno słowo: "Moja". I położyłam telefon ekranem do ceraty, jakby mógł mnie ugryźć.

Ogłoszenie wisiało od czterech dni. "Singer 1928, stan bardzo dobry, sprawny, idealny do kolekcji lub jako ozdoba wnętrza. 2400 zł, do negocjacji. Odbiór osobisty, Kielce, Ślichowice." Sprzedająca: Justyna.

Na Ślichowicach mieszka moja córka. Ma na imię Justyna.

Zabrała maszynę w maju. Przyjechała z Bartkiem ich srebrnym kombi, zeszła do piwnicy, poświeciła latarką w telefonie na zaciek przy podłodze i aż się skrzywiła.

- Mamo, tu jest jak w grobowcu. Przecież ona ci tu zardzewieje. Weźmiemy do nas, mamy suchą komórkę, nic jej nie będzie.

Miała rację i to mnie rozbroiło. Piwnice w naszym bloku w Daleszycach zalewa co wiosnę, sama się na to skarżyłam przy każdej okazji. Pomogłam znosić skrzynię po schodach. W lipcu zapytałam, czy wszystko w porządku. W sierpniu też. "Stoi pod pokrowcem, mamo, przestań się zamartwiać."

Nie zadzwoniłam do niej tamtego wieczoru. Sama nie wiem, czy ze strachu, czy z dumy. Rano poszłam do Krysi, która mieszka dwie klatki dalej i ma starego opla.

- Lucyna, to może zadzwoń po prostu do niej? - Krysia nalewała herbatę i nie patrzyła mi w oczy.

- Jak zadzwonię, to powie, że to pomyłka, że jakaś inna Justyna. A ogłoszenie za godzinę zniknie.

- I co chcesz zrobić?

- Napisz do niej. Że jesteś zainteresowana. Że chcesz obejrzeć.

Krysia westchnęła tak, jak wzdychała nad mną od czterdziestu lat, odkąd razem stałyśmy za ladą w gieesowskim sklepie, ona przy nabiale, ja przy pieczywie. Ale napisała. Odpowiedź przyszła po kwadransie: sobota, jedenasta, trzecie piętro.

Do soboty zostały trzy dni i przez te trzy dni co chwilę otwierałam ogłoszenie. Patrzyłam na złote ornamenty na czarnym korpusie, na ręczne kółko, które babcia kręciła, kiedy już nie miała siły w nogach do pedału. Na tę szufladkę.

W tej szufladce trzymałam wszystko, co ważne. Igły, kredę krawiecką, centymetr. Szyłam na tej maszynie po nocach, kiedy Zdzisiek wyprowadził się do tamtej z Ostrowca, a pensja ze sklepu ledwo starczała na rachunki. Sukienki na wesela dla sąsiadek, zasłony, kurtki skracane do szkoły. Z tego były buty Justyny do komunii. Z tego był jej pierwszy rower.

I pamiętałam jeszcze coś, czego wolałabym nie pamiętać. Justynka, może siedmioletnia, w piżamie w misie, staje w drzwiach pokoju o pierwszej w nocy.

- Mamusiu, mogę pokręcić kółkiem?

- Nie ruszaj, połamiesz igłę. Idź spać.

Mówiłam to pewnie sto razy. Może więcej.

W sobotę Krysia zaparkowała pod blokiem na Ślichowicach. Bloki były po termomodernizacji, kremowe, z kwiatami w skrzynkach. W tych skrzynkach na trzecim piętrze rosły pelargonie, które sama Justynie ukorzeniłam z sadzonek.

- Idę z tobą - powiedziała Krysia.

- Nie. Ty zadzwoń do domofonu. Ja stanę za tobą.

Drzwi otworzyła w szarym dresie, z włosami spiętymi spinką, z uśmiechem dla klientki. Uśmiech zgasł, kiedy zobaczyła mnie nad ramieniem Krysi. Nic nie powiedziała. Za nią, w przedpokoju, stała moja maszyna owinięta folią stretch, gotowa do wyniesienia. Z boku leżała kartka z numerem telefonu jakiegoś pana, który "zainteresowany, zadzwoni w niedzielę".

Krysia bez słowa zeszła na dół. Weszłyśmy do kuchni. Justyna wstawiła wodę, chociaż żadna z nas nie chciała herbaty. Na lodówce wisiały rysunki Kuby i plan lekcji Oli.

- Ile? - zapytałam.

Nie musiałam pytać, o co. Ona też nie musiała udawać, że nie rozumie.

- Prawie jedenaście tysięcy. Na karcie. - Mówiła do czajnika, nie do mnie. - Pamiętasz, jak zakładałam ten sklepik internetowy z kosmetykami? Ty mówiłaś, żebym nie szalała. Bartek też mówił. Kupiłam towar, opłaciłam reklamy, kurs. Nie poszło. A potem spłacałam minimalną ratę i dobierałam z tej samej karty na zakupy, i tak w kółko. Bartek nie wie, ile tego jest. Myśli, że dwa tysiące.

- I wzięłaś maszynę już wtedy z myślą o sprzedaży?

- Nie! - Odwróciła się wreszcie. - Mamo, nie. W maju naprawdę chodziło o tę piwnicę. Dopiero we wrześniu bank zaczął dzwonić, a ja chodziłam koło niej w tej komórce i myślałam... Ty już i tak nie szyjesz. Masz te ręce. Mówiłaś na Wielkanoc, że nie nawleczesz igły.

- To nie znaczy, że możesz ją sprzedać.

- Wiem. - Usiadła naprzeciwko mnie. - Ale ja jej nigdy nie lubiłam, mamo. Rozumiesz? Dla ciebie to babcia, Częstochowa, pamiątki. A dla mnie to była maszyna, przy której siedziałaś zamiast przy mnie. Nawet dotknąć mi jej nie pozwalałaś.

Chciałam powiedzieć, że siedziałam przy niej dla niej. Że te buty do komunii, ten rower. Ale ona to wiedziała. I wiedziała też, że byłam przy maszynie, a nie przy niej, i że jedno nie wymazuje drugiego.

- A naparstek? - zapytałam cicho.

Zbladła.

- Nie wiedziałam, że on tam był. Wyciągnęłam szufladkę do zdjęcia, żeby było widać, że kompletna, i nawet nie patrzyłam, co w środku.

Wierzyłam jej. To było w tym wszystkim najgorsze i najlepsze zarazem. Gdyby wiedziała, wyjęłaby go. Nie chciała mnie okraść z pamiątek. Po prostu przestała je widzieć. Tak jak ja przez lata przestałam widzieć dziewczynkę w piżamie w misie.

Siedziałyśmy tak długo, że czajnik zdążył wystygnąć.

- Zdejmij ogłoszenie - powiedziałam w końcu. - Teraz, przy mnie.

Zdjęła. Potem, bez mojego proszenia, zadzwoniła do Bartka, który był z dziećmi na basenie, i powiedziała mu, że jak wrócą, to muszą porozmawiać. Ile jest naprawdę. Słyszałam przez ścianę, jak mu się łamie głos.

Maszyna wróciła do Daleszyc tego samego popołudnia, w bagażniku Krysi, owinięta w tę samą folię. Nie do piwnicy. Przestawiłyśmy z Krysią fotel i stoi teraz w dużym pokoju przy oknie, tam gdzie kiedyś była meblościanka.

Justyna z Bartkiem poszli do banku i rozłożyli dług na raty. Będą spłacać długo i ciężko, ale razem, a nie każde osobno w tajemnicy. Ja nie dołożyłam ani złotówki i ona mnie o to ani razu nie poprosiła.

Za to co drugą sobotę przyjeżdża autobusem o dziesiątej. Siadam obok niej i mówię, jak nawlec nitkę na szpulkę, jak trzymać materiał, żeby nie uciekał. Ręce mam słabe, ale oczy jeszcze dobre. Na grudniowy jarmark koła gospodyń szyjemy fartuchy w kratkę. Krzywe na razie, ale Krysia mówi, że takie się najlepiej sprzedają, bo widać, że ręczne.

Wczoraj Justyna zapytała, czy może pokręcić kółkiem. Śmiała się, kiedy pytała, ale tylko trochę.

Naparstek nosi na środkowym palcu. Jest na nią za duży. Mówię jej, że dorośnie.