Przez trzy lata co niedzielę zanosiłam obiad panu Stefanowi z parteru - wdowiec, syn w Anglii. W marcu zabrała go karetka i już nie wrócił; syn był tylko na pogrzebie. We wrześniu przyszło do mnie wezwanie z sądu w Gnieźnie: sprawa o spadek po Stefanie K., "w charakterze uczestnika".
Koperta była szara, z okienkiem, a w rogu nadruk: Sąd Rejonowy w Gnieźnie. Listonosz kazał podpisać dwa razy. Zdzisiek wyjrzał z pokoju znad krzyżówki.
- Co tam, mandat?
- Nie wiem - powiedziałam. I naprawdę nie wiedziałam, dopóki nie usiadłam przy kuchennym stole i nie przeczytałam drugiej kartki.
Do wezwania dołączony był odpis wniosku. Grzegorz, syn pana Stefana, wnosił o stwierdzenie, że spadek po ojcu nabył on, z ustawy. A niżej był akapit o testamencie. Że ojciec zostawił testament napisany własnoręcznie, w którym mieszkanie na parterze przekazuje "pani Lucynie z drugiego piętra".
I że ten testament jest nieważny, bo spadkodawca "w ostatnim okresie życia wykazywał wyraźne zaburzenia pamięci", a napisał go "pod wpływem osoby, która od 2023 roku regularnie przebywała w jego mieszkaniu".
Osoba, która regularnie przebywała. To byłam ja. Z garnkiem rosołu owiniętym w ściereczkę, żeby nie wystygł na schodach.
- Zdzisiek - zawołałam, i głos mi się załamał. - Chodź tu. Przeczytaj, bo ja chyba źle rozumiem.
Przeczytał. Zdjął okulary, przetarł je o koszulę, założył z powrotem i przeczytał jeszcze raz.
- No to masz za swoje obiadki - powiedział w końcu. Nie złośliwie. Tak się mówi, kiedy człowiek nie wie, co powiedzieć. - Lucka, a ty wiedziałaś o tym testamencie?
- Skąd! Myślisz, że bym ci nie powiedziała?
Popatrzył na mnie o sekundę za długo. I ta sekunda bolała prawie tak samo jak całe pismo.
Wszystko zaczęło się trzy lata temu, w październiku, w sklepie na naszym osiedlu Winiarskim. Stałam w kolejce za panem Stefanem i widziałam, co kładzie na taśmę: pół chleba, pasztet w puszce, dwie bułki.
Halina, jego żona, zmarła wiosną. Przez czterdzieści lat mijaliśmy się na klatce, dzień dobry, dzień dobry, ona czasem pożyczała ode mnie drożdże przed świętami. On był z tych mężczyzn, którzy całe życie jedli to, co im postawiono, i nigdy nie pytali, skąd się wzięło.
W niedzielę zrobiłam za dużo pierogów. Celowo, choć przed Zdziśkiem udawałam, że przez przypadek. Zeszłam na parter. Pan Stefan otworzył w kapciach i swetrze zapiętym krzywo, o jeden guzik za nisko.
- Pani Lucyna? Coś się stało?
- Nic się nie stało. Narobiłam za dużo, a mój już nie da rady. Niech pan zje, póki ciepłe.
Wziął talerz tak ostrożnie, jakby mu podawano coś kruchego. Za tydzień oddał go umytego, a na nim leżała tabliczka czekolady z orzechami.
I tak zostało. Niedziela, pierwsza po południu, rosół albo pomidorowa, drugie danie w osobnym pojemniku. Czasem siedziałam u niego dziesięć minut, czasem godzinę. Mówił mało. O Halinie, o kolei, na której przepracował trzydzieści lat, o rurach w piwnicy. O synu prawie nic. Raz tylko zapytałam, czy Grześ dzwoni.
- Dzwoni - odpowiedział. I zaraz wrócił do rur.
Ostatniej jesieni zauważyłam, że zaczął wszystko zapisywać. Na lodówce wisiały karteczki: "wtorek lekarz", "zakręcić gaz", "zapłacić prąd". Mówił, że na wszelki wypadek, że głowa już nie ta. Nie przyszło mi do głowy, że ktoś kiedyś przeczyta te karteczki jak akt oskarżenia.
W marcu, w czwartek, zobaczyłam z balkonu karetkę pod klatką. Znosili go na krzesełku, był przytomny, uniósł do mnie rękę, jakby przepraszał za kłopot. Pięć dni później już go nie było. Grzegorz przyleciał z Leeds na pogrzeb.
Stał nad grobem w za cienkim płaszczu, trochę z boku, sam. Podeszłam złożyć kondolencje. Podał mi rękę, powiedział "dziękuję" i patrzył gdzieś ponad moim ramieniem. Trzy dni później wyjechał.
Nie będę udawać świętej. Tej nocy po wezwaniu leżałam obok chrapiącego Zdziśka i liczyłam. Dwa pokoje na parterze. Nasza Marzena w Poznaniu od lat tuła się po wynajmowanych kawalerkach. I wstydziłam się tego liczenia bardziej niż słów o "wpływie".
Rano poszłam do punktu nieodpłatnej pomocy prawnej w starostwie. Młody prawnik wysłuchał, pokiwał głową i wytłumaczył mi rzecz, o której nie miałam pojęcia. Że nawet jeśli testament okaże się ważny, syn ma prawo do zachowku. Połowy tego, co dostałby z ustawy. W pieniądzach.
- Czyli musiałabym mu zapłacić pół mieszkania?
- Mniej więcej połowę wartości. Ma pani takie oszczędności?
Sześćdziesiąt trzy lata, z czego trzydzieści za ladą w piekarni na Chrobrego. Nie miałam.
Rozprawa była pod koniec października. Przyszłam pół godziny za wcześnie, w granatowej garsonce, którą kupiłam na komunię wnuczki. Grzegorz siedział już na ławce pod salą. Na kolanach trzymał zeszyt w kratkę, taki szkolny, z wytartym rogiem. Wstał, kiedy mnie zobaczył.
- Pani Lucyno. Zanim wejdziemy... - urwał. - Moja pełnomocniczka chciała to złożyć jako dowód. Że ojciec nie pamiętał nawet, co jadł. Ja to przeczytałem w samolocie. Niech pani przeczyta.
Otworzyłam. Pismo pana Stefana, kanciaste, kolejarskie, każda litera osobno.
"Niedziela 12 X. Pani Lucyna - pierogi z kapustą. Pytała o Grzesia."
"Niedziela 19 X. Pomidorowa. Grześ dzwonił w środę. Nie odebrałem. Nie wiem, co mu powiedzieć, żeby nie wyszło jak zawsze."
"Niedziela 9 XI. Bigos. Napisałem papier o mieszkaniu. Grześ ma tam swoje życie, sam mówił, że stąd nic nie chce. Niech się chociaż komuś przyda."
Przewróciłam kilka kartek. Ostatni wpis był z pierwszego marca.
"Niedziela 1 III. Rosół. Pani Lucyna mówi, że jak Grześ zadzwoni, to mam odebrać. Odbiorę."
Nie wiem, ile tak stałam. Na korytarzu ktoś głośno szukał sali numer dwanaście.
- Nie zadzwoniłem w tamtym tygodniu - powiedział Grzegorz cicho. - Pracowałem na nocki. Myślałem: w następną środę. A w czwartek zadzwonili ze szpitala. - Przełknął ślinę. - "Stąd nic nie chcę" to ja mu powiedziałem, jak wyjeżdżałem. W dwa tysiące szóstym. Pokłóciliśmy się wtedy tak, że mama płakała tydzień. Kiedy znalazłem ten testament, pomyślałem, że ktoś zabrał mi ojca drugi raz. Przepraszam panią. Naprawdę.
Na sali sędzia, kobieta mniej więcej w wieku Marzeny, zapytała pełnomocniczkę o zarzuty wobec testamentu. Grzegorz dotknął jej ramienia i coś szepnął. Pełnomocniczka odchrząknęła i oświadczyła, że wnioskodawca nie podtrzymuje twierdzeń o braku świadomości spadkodawcy.
Wtedy wstałam. Ręce trzęsły mi się tak, że musiałam oprzeć je o pulpit.
- Proszę Wysokiego Sądu. Ja chcę ten spadek odrzucić.
Sędzia spojrzała na mnie znad okularów i spokojnie wytłumaczyła, co to oznacza. Że będę traktowana, jakbym nie dożyła otwarcia spadku. Że wtedy dziedziczy syn. Że tego się nie cofa. Czy rozumiem.
- Rozumiem.
- Pani nie musi - odezwał się Grzegorz.
- Wiem, że nie muszę. - Popatrzyłam na niego. - Ja pana ojcu nosiłam zupę, a nie raty za mieszkanie. Gdybym je wzięła, do końca życia nie wiedziałabym już, po co nosiłam. A poza tym, powiedzmy sobie szczerze, skąd ja bym wzięła na ten zachowek.
Ktoś na sali cicho się zaśmiał. Grzegorz też, przez łzy.
Po rozprawie usiadłam na ławce przed sądem i długo trzymałam zeszyt przyciśnięty do piersi. Grzegorz nie chciał go z powrotem. Powiedział, że tam jest więcej o mnie niż o nim, choć oboje wiedzieliśmy, że to nieprawda.
Zdzisiek, kiedy mu opowiedziałam, długo milczał. Potem mruknął:
- Głupia jesteś, Lucka. - I przytulił mnie tak mocno, jak nie przytulał od lat. - Ale moja.
Zeszyt leży teraz w szufladzie kredensu, pod serwetkami po mamie. A w niedzielę, koło pierwszej, dzwoni telefon z angielskim numerem. Grzegorz pyta, co dziś ugotowałam. Mówię mu. Opowiada o pogodzie w Leeds, o nockach, o tym, że może na Wszystkich Świętych przyjedzie.
Za każdym razem odbieram.