Przez cztery lata robiłam zakupy pani Wandzie z czwartego piętra - wdowa, córka w Kanadzie, dzwoniła na święta. Pani Wanda zmarła w czerwcu, córka przyleciała na dwa dni, na pogrzeb. W październiku przyszło do mnie pismo od notariusza w Kaliszu: ogłoszenie testamentu, "proszę o stawiennictwo z dowodem osobistym". Córka pani Wandy zadzwoniła do mnie tego samego dnia, pierwszy raz w życiu.

Kopertę z Kalisza rozcięłam nożem do chleba, bo okulary zostały w kieszeni płaszcza, a płaszcz wisiał już na wieszaku. Pieczątka kancelarii notarialnej, nazwisko, którego nie znałam, i zdanie, które musiałam przeczytać trzy razy, zanim dotarło do mnie, o kim jest: "zawiadamiam o otwarciu i ogłoszeniu testamentu Wandy Krawczyk". Niżej, osobną linijką: "proszę o stawiennictwo z dowodem osobistym".

W kuchni zagwizdał czajnik. Stałam w przedpokoju w jednym bucie i nie ruszałam się, bo każdy ruch wydawał mi się decyzją.

Telefon zawibrował w kieszeni, zanim zdjęłam drugi but. Długi numer, na początku plus i jedynka.

- Pani Lucyna? Tu Iwona. Córka pani Wandy.

Mówiła tak, jak się mówi do okienka w banku. Bez "dzień dobry".

- Dostała pani list z Kalisza?
- Przed chwilą.
- To pani wie, co w nim jest.
- Tam jest tylko data i godzina.

Cisza trwała tak długo, że odsunęłam telefon od ucha i sprawdziłam, czy połączenie nie zerwało.

- Mama mi powiedziała dwa lata temu, przez telefon. Że mieszkanie zostawi pani, skoro ja nie umiem przyjechać. Myślałam, że to ze złości. - Wciągnęła powietrze. - Chcę wiedzieć jedno. Czy pani ją o to prosiła?
- Nie.
- A wie pani, że ja mamie co miesiąc wysyłałam pieniądze? Od lat. Mama mówiła, że płaci sąsiadce za zakupy. Czyli płaciła pani moimi. Więc niech mi pani nie opowiada o dobrym sercu.

Nie zdążyłam nic opowiedzieć. Rozłączyła się.

Bogdan wyłączył gaz, wziął ode mnie list i przeczytał go na stojąco, poruszając ustami, jak zawsze, kiedy coś jest dla niego za ważne, żeby czytać po cichu.

- Tej z czwartego? - zapytał. - Mieszkanie?
- Nic nie wiem, Bogdan. Naprawdę nic.

I to była prawda. Ale w jednym Iwona miała rację: na początku nie chodziło o dobre serce.

Cztery lata temu na tablicy ogłoszeń w naszej klatce zawisła kartka wyrwana z zeszytu w kratkę: "Potrzebna osoba do zakupów, raz w tygodniu. Płacę. Krawczyk, m. 16, IV p.". Bogdanowi rok wcześniej upadła firma, w której przepracował dwadzieścia sześć lat, a w urzędzie pracy patrzyli na niego jak na meblościankę, której nikt nie chce wnosić na górę - za stary na nową robotę, za młody na emeryturę. Moja pensja z hurtowni pod Ostrowem, gdzie prowadziłam księgi, sama domu nie ciągnęła. Zdjęłam kartkę z tablicy, żeby nikt mnie nie uprzedził, i poszłam na czwarte piętro.

Pani Wanda otworzyła mi w garsonce, jakby czekała na komisję. Osiemdziesiąt lat, laska z gumową końcówką, spinka z masy perłowej we włosach. Warunki ustaliłyśmy przy kuchennym stole jak dwie strony umowy. Lista w środę, zakupy w czwartek, paragon do zwrotu co do grosza. Szare renety, nie te błyszczące jabłka z Hiszpanii. Chleb z piekarni na rogu, bo "w markecie chleb jest z gumy". I co tydzień biała koperta z literą "L." w rogu.

Po roku Bogdan dostał etat na magazynie i chciałam przestać brać pieniądze. Pani Wanda odsunęła kopertę z powrotem w moją stronę.

- Jak pani nie weźmie, jutro wieszam nową kartkę. Ja nie potrzebuję przyjaciółki z litości, pani Lucyno. Ja potrzebuję kogoś do ziemniaków.

Więc brałam. I zostawałam na herbatę z cytryną, coraz dłużej. Opowiadała o mężu, który jeździł jako maszynista na linii do Poznania, o tym, jak w siedemdziesiątym szóstym kupili tę meblościankę na talony. O córce prawie nic. "Iwonka ma swoje życie" - i zmieniała temat na ceny masła.

Raz przyszłam do niej w niedzielę z kawałkiem sernika. Siedziała w pokoju w odświętnej bluzce, a obok niej, na szydełkowej serwetce, leżał telefon ekranem do dołu. Nie wpuściła mnie dalej niż do przedpokoju.

- W niedziele odpoczywam od ludzi - powiedziała.

Więcej w niedzielę nie przyszłam. Rozmowy z Kanadą słyszałam tylko w Wigilię i w Wielkanoc, kiedy akurat siedziałam u niej z opłatkiem albo z pisanką. Stąd wiedziałam to, co wiedziałam: córka dzwoni na święta.

W marcu dwa lata temu pani Wanda poprosiła, żebym zamówiła jej taksówkę na dworzec autobusowy.

- Do kardiologa. Do Kalisza, prywatnie, tam mają porządnego.

Chciałam jechać z nią. Spojrzała na mnie tak, że przestałam pytać. Wróciła wieczorem szara na twarzy i przez dwa czwartki rozmawiałyśmy wyłącznie o pogodzie.

Powiem jeszcze jedno, bo jak już mówić, to wszystko. Zeszłej zimy, wnosząc jej worek ziemniaków na czwarte piętro, złapałam się na tym, że liczę w głowie pokoje. Dwa i kuchnia z oknem. Mam pięćdziesiąt dziewięć lat i nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się przed sobą wstydziłam. Przez tydzień nie przyjęłam od niej koperty, a ona nie zapytała dlaczego.

W czerwcu, w czwartek, nie otworzyła mi drzwi. Klucz miałam od roku. Leżała w łóżku spokojna, z rękami na kołdrze, jakby skończyła coś podliczać. Iwona przyleciała na dwa dni. Stała w kuchni matki w płaszczu, którego ani razu nie zdjęła, i przekładała recepty, jakby było w nich coś do zrozumienia. Na odjezdnym poprosiła, żebym zatrzymała klucz - do kwiatów i do poczty. Podziękowała mi uprzejmie i dokładnie. Tak się dziękuje w urzędzie.

Wieczorem po telefonie z Kanady Bogdan siedział nad komórką z powiększoną czcionką.

- Zachowek - przeczytał. - Jeżeli ona ci zapisała mieszkanie, córka może zażądać połowy tego, co by jej się należało. W pieniądzach. Od ciebie.
- Skąd my mamy takie pieniądze?
- No właśnie. - Odłożył telefon. - To nie spadek, Lucyna. To dług z widokiem na park.

Do Kalisza pojechaliśmy w listopadzie autobusem o ósmej dwadzieścia. Kancelaria mieściła się na piętrze nad apteką, kaloryfer stukał, na parapecie usychała paprotka. Notariuszka, kobieta w moim wieku, z okularami na łańcuszku, długo oglądała mój dowód. Obok mnie usiadł młody mecenas z laptopem - pełnomocnik Iwony.

Czytała równo, bez akcentów. Lokal mieszkalny numer szesnaście zapisuje Lucynie Michalak "w podziękowaniu za czwartki". I dalej, tym samym głosem: "Pieniądze, które córka Iwona przysyłała mi co miesiąc od dwa tysiące dziewiętnastego roku, odkładałam na osobny rachunek i nie wydałam z nich ani złotówki. Środki z tego rachunku zapisuję córce. Panią Lucynę opłacałam z własnej emerytury".

Mecenas przestał stukać w klawiaturę. Ja ściskałam dowód tak mocno, że róg odbił mi się na dłoni czerwoną kreską. Kardiolog, pomyślałam. Prywatnie, porządny. Bogdan położył mi rękę na kolanie i nic nie powiedział, co u niego znaczy bardzo dużo.

Wieczorem stałam przed naszą klatką dobre kilka minut z kluczem pani Wandy w ręce. Potem weszłam na czwarte piętro, podlałam fikusa i otworzyłam szufladę pod blatem, bo stamtąd zawsze wyciągała kartki na listy. Zeszyt w kratkę leżał na wierzchu.

Prowadziła go jak księgę. Wiem, co mówię - sama prowadzę księgi od trzydziestu lat. W czwartki: "L. - koperta". Dziesiątego każdego miesiąca: "I. - przelew - odłożone". A w każdą niedzielę, bez jednej przerwy, jedno słowo: "Dzwoniła". Pod niektórymi, mniejszymi literami, dopisane: "odebrałam".

Policzyłam, bo tak mam. Od tamtej kartki na tablicy - dwieście dziewiętnaście niedziel. "Odebrałam" - dwadzieścia trzy razy. Najwięcej w grudniu i w kwietniu.

Siedziałam w jej kuchni do północy i nie umiałam rozstrzygnąć, czy to była kara, czy strach. Może bała się, że jak odbierze, powie wreszcie to, co dusiła w sobie od dziewięćdziesiątego ósmego, kiedy Iwona wyjechała. Może Iwona bała się tego samego. Nie mnie to sądzić.

Następnego dnia o ósmej wieczorem, kiedy w Mississaudze była druga po południu, zadzwoniłam pierwsza.

- Mecenas mi wysłał - powiedziała od razu. - Przepraszam za tamto.
- Nie dzwonię po przeprosiny. Mam tu zeszyt pani mamy.

Przeczytałam jej o niedzielach. Długo nic. Potem usłyszałam, jak po drugiej stronie ktoś odsuwa krzesło i siada.

- Kupiłam jej telefon z głośniejszym dzwonkiem - powiedziała w końcu. - Przez internet, z dostawą do domu. Myślałam, że ona już nie słyszy.
- Słyszała. Siedziała przy nim w odświętnej bluzce. W niedziele nie wychodziła nawet do sklepu.

Iwona oddychała do słuchawki, nierówno.

- Mecenas mówi, że mogę żądać zachowku - odezwała się po chwili. - Nie będę. Mama zrobiła to na trzeźwo, u notariusza, w obcym mieście, żeby nikt jej nie gadał. Pierwszy raz od lat wiem dokładnie, czego chciała. Nie będę jej poprawiać. - Zawahała się. - Tylko ten zeszyt. Czy pani mogłaby...
- Wyślę jutro.

Wysłałam poleconym, priorytetem. Pani na poczcie zapytała, czy w środku jest coś wartościowego. Powiedziałam, że tak.

W grudniu u notariusza w Ostrowie mecenas Iwony podpisał wszystko bez jednego pytania. Bogdan mówi, żeby mieszkanie wynająć. Ja na razie chodzę tam w czwartki podlewać fikusa i jeszcze nie umiem powiedzieć ani tak, ani nie.

A Iwona dzwoni teraz do mnie. W każdą niedzielę, o drugiej naszego czasu. Odbieram po pierwszym dzwonku.