Od dwudziestu lat sama dbam o działkę po rodzicach: pielę, przycinam jabłonki, zbieram owoce dla wszystkich. W lipcu przy grillu usłyszałam, jak córka mówi coś zięciowi o jabłonkach i o mnie. W poniedziałek zadzwoniłam do notariusza.

Sekator wisi w domku na tym samym gwoździu, na który wieszał go mój ojciec. Czerwone rączki dawno wyblakły do koloru starej cegły, sprężyna skrzypi, ale tnie jak brzytwa, bo co zimę ostrzę go na osełce. W lipcu stałam pół metra od tego gwoździa i słuchałam, jak moja córka planuje, co zrobi z moim życiem, kiedy mnie już w nim zabraknie.

Nie podsłuchiwałam. Poszłam po musztardę.

Działka leży pod Masłowem, dwadzieścia minut autobusem z Kielc, jeśli kierowca nie stoi na każdym przystanku. Czternaście jabłonek, dwie grusze, porzeczki wzdłuż siatki i drewniany domek, który tata stawiał sam w latach osiemdziesiątych, z desek załatwionych przez szwagra z tartaku. Kiedy w dwa tysiące szóstym go pochowaliśmy, a mama półtora roku później poszła za nim, nikt nie pytał, kto się tym zajmie. Byłam jedynaczką. To było oczywiste.

- Danka, ty to masz rękę do tych drzew jak do nożyczek - śmiała się pani Zosia z działki obok, kiedy w marcu widziała, jak przerzedzam korony.

Miała rację, bo przez trzydzieści lat strzygłam ludzi w zakładzie na Ślichowicach. Grzywka, trwała, podcięcie końcówek. Jabłonka nie różni się tak bardzo od głowy klientki - trzeba wiedzieć, co zostawić, żeby było lepiej, a nie tylko krócej.

Przez dwadzieścia lat co sobota, od kwietnia do października. Plewienie, opryski, bielenie pni, drabina. Jabłka rozwoziłam po wszystkich: córce, sąsiadkom z bloku, księdzu na plebanię, Kubie do akademika w Krakowie, w słoikach, jako mus. Papierówki prosto z drzewa, antonówki na szarlotkę, szare renety na zimę. W sierpniu moje mieszkanie pachnie tak, że listonosz pyta, czy nie prowadzę przetwórni.

Agnieszka nigdy tego nie lubiła. "Mamo, w Biedronce masz jabłka przez cały rok" - mówiła. A raz, po dwóch lampkach wina na moich imieninach, dodała ciszej: "Ja całe dzieciństwo spędziłam na kolanach w truskawkach dziadka. Koleżanki jeździły nad morze, a ja zbierałam stonkę do słoika." Zrobiło mi się wtedy przykro, ale zbyłam to śmiechem. Każdy coś zbierał do słoika w latach dziewięćdziesiątych.

Ten lipcowy grill był zwyczajny. Agnieszka z Pawłem przyjechali samochodem, Kuba został w Krakowie, bo dorabiał w wakacje w magazynie. Kiełbasa, karkówka, sałatka z ogórków. Siedzieli na ławce za domkiem, w cieniu, a ja poszłam do środka, bo musztarda została w lodówce turystycznej pod stołem. Okno było otwarte. Zawsze jest otwarte latem, inaczej w domku nie da się oddychać.

- No i co, wytniesz je wszystkie? - zapytał Paweł.

- A co mam z nimi robić? Ty wiesz, ile tu jest roboty? Ja tego robić nie będę. Wytnie się, wyrówna i sprzeda. Zobacz, co się dzieje za drogą, wszystko poszło pod domy.

- A mama?

- Mama niech ma swoje jabłonki, póki da radę. To ją trzyma przy życiu. Ale ile jeszcze? Pięć lat? Ona w zeszłym roku spadła z drabiny, myślisz, że nie wiem? Zośka mi powiedziała.

- No, ale żeby od razu wszystko ciąć...

- Paweł. Jak będzie nasze, to będzie nasze. Nie będę jej teraz robić przykrości. Po co ma wiedzieć.

Stałam ze słoikiem musztardy w ręku i patrzyłam na sekator. O drabinie nie powiedziałam nikomu. Skręcona kostka, dwa tygodnie w bandażu, a córce mówiłam przez telefon, że mam dużo pracy przy porzeczkach. Zośka jednak powiedziała. I Agnieszka przez cały rok nie dała po sobie poznać, że wie.

Wyszłam, postawiłam musztardę na stole i zjadłam kiełbasę. Nikt niczego nie zauważył. W nocy nie spałam. W niedzielę nie pojechałam na działkę pierwszy raz od lat, bez powodu. W poniedziałek o ósmej rano dzwoniłam do kancelarii przy Sienkiewicza.

- Chcę zrobić tak, żeby po mnie nikt tych drzew nie wyciął - powiedziałam notariuszce, kobiecie mniej więcej w wieku Agnieszki.

Uśmiechnęła się, ale nie złośliwie.

- Pani Danuto, tego żaden akt nie załatwi. Może pani komuś działkę zapisać albo darować. Co ten ktoś potem z nią zrobi, to już jego sprawa.

Wytłumaczyła mi wszystko spokojnie, jak dziecku. Testament na wnuka? Proszę bardzo, ale córka jako jedyne dziecko będzie miała prawo do zachowku i Kuba musiałby spłacać własną matkę. Darowizna za życia? Też można, z prawem dożywotniego korzystania z działki dla mnie. A jeśli od darowizny dla osoby, która nie jest moim spadkobiercą, minie dziesięć lat, nie dolicza się jej do zachowku.

- Czyli muszę dożyć siedemdziesięciu sześciu - powiedziałam.

- Mniej więcej tak.

- No to mam jeszcze jeden powód, żeby pożyć.

Dlaczego Kuba? W marcu przyjechał sam, nieproszony, na jeden weekend. Trzymał mi drabinę i patrzył, jak tnę. "Babcia, pokaż mi, jak się to robi. Bo jak ty przestaniesz, to kto?" Wtedy uznałam, że to słodkie. Po lipcu to zdanie nie dawało mi spać.

Zadzwoniłam do niego i powiedziałam wszystko, bez owijania. Długo milczał.

- Babciu, ja ci nie obiecam, że będę tam jeździł do końca życia. Nie wiem, gdzie będę za dziesięć lat.

- Nie proszę, żebyś obiecywał.

- Ale ich nie wytnę tylko dlatego, że mi się nie chce. To mogę obiecać. - Zamilkł na chwilę. - Tylko mamie nie będę kłamał. Jak zapyta, to powiem.

W sierpniu przyjechał z Krakowa i podpisaliśmy akt. Nie zapytała. Jeszcze.

Pierwszego listopada stałyśmy z Agnieszką nad grobem rodziców, znicze migotały na wietrze. Poprawiła mi szalik, jak ja jej kiedyś, kiedy szła do szkoły.

- Mamo, Paweł mówi, że na wiosnę przyjedzie z piłą i wytnie te najstarsze jabłonki, co już ledwo rodzą. Żebyś się nie męczyła.

- Nie trzeba. Kuba mi pomoże.

- Kuba? Przecież on ma studia. - Spojrzała na mnie dziwnie, ale nic więcej nie powiedziała.

Grażyna z mojego bloku, kiedy jej opowiedziałam, aż odstawiła herbatę. "Danka, ty własne dziecko okradłaś. Za plecami, przez wnuka. Jak ona się dowie, to nie daruje ani tobie, ani jemu." Zośka z działki obok wzruszyła tylko ramionami: "Twoje, to dajesz, komu chcesz. Agnieszka miała dwadzieścia lat, żeby choć raz przyjechać z grabiami."

Agnieszka nie powiedziała przy tamtym grillu niczego, czego bym sama nie wiedziała. Że się starzeję. Że kiedyś nie dam rady wejść na drabinę. Że spadłam. Powiedziała to tylko tak, jakby mnie już nie było - i jakby chroniła mnie przed prawdą, zamiast mi ją powiedzieć.

Ja też jej teraz nie mówię prawdy. Może jesteśmy bardziej podobne, niż obie byśmy chciały.

Sekator wisi na gwoździu. Na wiosnę pokażę Kubie, jak przycinać stare drzewa, żeby jeszcze rodziły. Czy kiedyś pokażę Agnieszce akt notarialny - tego jeszcze nie wiem.