Od śmierci męża co miesiąc jeżdżę na jego grób pod Radomiem, dwie godziny pociągiem i autobusem. Na Wszystkich Świętych syn zawsze zawoził mnie autem. W tym roku napisał w przeddzień: „mamo, będą straszne korki, zapaliłem tacie znicz online”.
Przeciskałam się przez peron na Warszawie Zachodniej z torbą, w której obijały się o siebie trzy szklane znicze, a jakiś chłopak z plecakiem wbił mi łokieć w żebro i nawet nie odwrócił głowy.
Pociąg do Radomia był tak pełny, że przez pierwsze pół godziny stałam w korytarzu, trzymając torbę przed sobą jak niemowlę. Sześćdziesiąt osiem lat. Pierwszy listopad. I ja, sama, w tłumie ludzi, którzy jechali do swoich zmarłych z dziećmi.
Znicz online. Przeczytałam tę wiadomość wieczorem chyba dziesięć razy. Nawet weszłam w link, który Tomek dołączył. Na ekranie paliła się żółta kreska ognia, a pod nią napis: „Ryszard Wójcik, 1955-2023. Pamiętamy”. Ktoś kliknął i Rysiek dostał płomyk z pikseli.
Rysiek przez trzydzieści lat jeździł autobusem po Warszawie. Znał każdą dziurę na Grochowskiej, każdy przystanek na żądanie. Ale chciał leżeć w Jedlińsku, przy rodzicach, bo - jak mówił - „w Warszawie człowiek tylko pracuje, a umiera się w domu”. Więc leży w domu. A ja, raz w miesiącu, jadę do niego dwie godziny.
Na emeryturze położnej czasu mi nie brakuje. Odbierałam porody przez czterdzieści lat na Inflanckiej, a teraz odbieram tylko telefony od koleżanek i od Tomka. Tomek dzwoni w niedziele. Zawsze pyta, czy byłam „u taty”. Zawsze mówię, że byłam, i opowiadam - że chryzantemy zmarzły, że ktoś postawił obok nowy pomnik z czarnego granitu, że kuzyn Ryśka, Zdzisiek, posprzątał liście.
Ostatnio Tomek mówił mało. „Aha, mamo”. „No dobrze, mamo”. Myślałam, że to praca. Ma czterdzieści jeden lat, dwoje dzieci, kredyt na mieszkanie w Ząbkach i szefa, który dzwoni w soboty.
W Radomiu autobusy w święto prawie nie jeździły, więc zadzwoniłam do Zdziśka. Przyjechał po mnie pod dworzec swoim starym oplem, w którym zawsze pachniało papierosami i jabłkami.
- Danusia, a ty sama? - zdziwił się, otwierając mi drzwi. - Tomek nie mógł?
- Korki - powiedziałam. - Zapalił tacie znicz w internecie.
Zdzisiek nic nie odpowiedział. Jechaliśmy przez chwilę w ciszy, za oknem migały pola i przydrożne krzyże z plastikowymi kwiatami.
- No, ale przecież był - powiedział w końcu, jakby do siebie.
- Kto był?
- Tomek. W piątek wieczorem. Już ciemno było, widziałem z okna, że auto na warszawskich numerach stoi pod cmentarzem. Poszedłem zobaczyć, czy to nie złodzieje. A to on, z latarką w telefonie, grób szorował. Mówił, że się spieszy, że rano do roboty.
Zrobiło mi się gorąco, potem zimno. Trzymałam torbę ze zniczami na kolanach i czułam, jak szkło dzwoni przy każdej dziurze w drodze.
- Musiałeś się pomylić.
- Danusia, ja go od chrzcin znam.
Na grobie stał duży, czerwony znicz w kształcie serca. Taki, jakie Tomek kupował zawsze, odkąd był małym chłopcem i wybierał je na straganie, bo „tata lubi czerwony”. Obok - biała chryzantema w doniczce, owinięta folią. Płyta była wyszorowana do połysku. Nawet litery wyglądały na przetarte.
Stałam nad tym grobem i nie umiałam zapalić swoich zniczy. Ręce mi się trzęsły tak, że zapałki łamały się jedna po drugiej. Zdzisiek w końcu wziął ode mnie pudełko i zapalił sam.
Zadzwoniłam do Tomka z ławki przy kaplicy. Odebrał po piątym sygnale. W tle słyszałam telewizor i śmiech wnuczki.
- Byłeś tu w piątek.
Długa cisza. Tak długa, że pomyślałam, że się rozłączył.
- Byłem - powiedział w końcu. Cicho, jak wtedy, kiedy miał dziewięć lat i stłukł mi kryształowy wazon od teściowej.
- To dlaczego… Tomek, dlaczego mnie okłamałeś? Przecież mogłam z tobą…
- Właśnie dlatego, mamo.
Nie zrozumiałam. Powiedziałam mu to.
- Bo jak jedziemy razem, to ja nie jestem u taty. Ja jestem przy tobie. Pilnuję, czy nie zasłabniesz, podaję chusteczki, słucham, jak opowiadasz mu, co u nas. Ty płaczesz, a ja muszę być ten silny. Trzy lata, mamo. Trzy lata nie postałem przy nim ani pięciu minut sam. - Głos mu się załamał. - A ty jeździsz tam co miesiąc i potem dzwonisz, i opowiadasz mi o tych chryzantemach, i ja mam wyrzuty sumienia, że ja nie jeżdżę. Chciałem raz. Tylko raz. Pogadać z nim po swojemu.
- Mogłeś mi powiedzieć.
- I co byś zrobiła? Pojechała ze mną.
Chciałam zaprzeczyć. Otworzyłam usta i nic nie powiedziałam, bo miał rację. Pojechałabym. Usiadłabym na tylnym siedzeniu z torbą zniczy i nawet nie pomyślałabym, że on też może chcieć czegoś tylko dla siebie.
- A ten znicz online? - zapytałam. - Po co ci to było?
- Żebyś nie pomyślała, że o nim zapomniałem.
Rozłączyliśmy się bez pożegnania. Nie dlatego, że byliśmy na siebie źli. Po prostu żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć.
Wracałam pociągiem, który był już prawie pusty. Patrzyłam na swoje odbicie w szybie, na siwe odrosty, których nie zdążyłam zafarbować przed świętem, i myślałam o tym, kto tu kogo okradł. Czy on mnie - z naszego wspólnego listopada, jedynego dnia w roku, kiedy jechaliśmy do Ryśka razem jak rodzina? Czy ja jego - z ojca, którego przez trzy lata opłakiwałam tak głośno, że jemu nie zostało już miejsca na własny płacz?
Koleżanki mówią, że Tomek zachował się jak tchórz. Że dorosły syn nie okłamuje matki w takiej sprawie, a jeśli coś mu nie pasuje, to mówi wprost. Moja siostra mówi, że to ja powinnam przeprosić.
W niedzielę Tomek nie zadzwonił. Ja też nie.
Wczoraj kupiłam bilet na pierwszego grudnia. Na jeden przejazd, w jedną stronę - powrotny kupię na miejscu. I długo stałam przy kasie, zastanawiając się, czy wysłać mu zdjęcie tego biletu, czy właśnie tym razem nie mówić mu nic.