Na stypie siostra płakała, że dom mamy to "nasze dzieciństwo, przez rok niczego nie ruszamy". Cztery dni po pogrzebie pojechałam podlać mamine pelargonie. Zamek w furtce był nowy. Na ogrodzeniu wisiał baner "Sprzedam działkę budowlaną" i numer szwagra.

Klucz wszedł do połowy i stanął. Przekręciłam mocniej, aż zabolał mnie kciuk. Nic. W drugiej ręce trzymałam konewkę przywiezioną z Opola, bo mamina na pewno stała w zamkniętej szopie. Dopiero wtedy spojrzałam na zamek. Błyszczący, mosiężny, z resztką folii przy szyldzie.

Nowy.

Cofnęłam się o krok i zobaczyłam resztę. Na siatce, między krzakiem bzu a skrzynką na listy, wisiał biały baner przywiązany trytytkami. Czerwone litery: SPRZEDAM DZIAŁKĘ BUDOWLANĄ. Pod spodem numer telefonu. Znałam go na pamięć, bo przez lata dzwoniłam pod niego, kiedy Iwona nie odbierała. Numer Grzegorza. Mojego szwagra.

Cztery dni wcześniej, w sali przy remizie, nad talerzem niedojedzonego rosołu, Iwona płakała mi w ramię tak, że miałam mokrą bluzkę.

- Jola, to jest nasze dzieciństwo. Przez rok niczego nie ruszamy. Obiecaj mi.

Obiecałam. Ona też.

Wybrałam numer z banera. Długie sygnały, potem poczta głosowa. Zadzwoniłam do Iwony.

- Jola, nie teraz, mam kolejkę do kasy - szepnęła.
- Iwona, co to za baner na płocie mamy?

Cisza. Słyszałam w tle pikanie skanera.

- Wieczorem ci wszystko wytłumaczę. Przyjedź do nas.

I się rozłączyła.

Stałam z tą konewką jak głupia. Pelargonie w skrzynkach na parapecie od ulicy wyglądały żałośnie, ziemia popękana, liście żółte na brzegach. Mama co roku w maju wystawiała je z piwnicy i co roku pytała mnie przez telefon, czy już można, czy przymrozków nie będzie. Jakbym ja w aptece na Zaodrzu miała lepszą prognozę niż ona w radiu.

- Pani Jolu? - Zza sąsiedniej siatki wychyliła się pani Danuta w fartuchu. - A pani klucza nie ma? Grzesiu zmieniał w środę rano.
- W środę? Dzień po pogrzebie?
- No bo we wtorek wieczorem ktoś się tu kręcił z latarką. Mówiłam Iwonce. Dom pusty, wiadomo, ludzie wiedzą, kto umarł.
- A ten baner?

Pani Danuta spojrzała na mnie, jakbym zapytała, która jest godzina w samo południe.

- No przecież to Iwonki kawałek. Ten za sadem, od Kowalczyków. Od lat wiadomo.

Od lat. Wszyscy wiedzieli od lat. Tylko nie ja.

Wracałam do Opola i w głowie układałam sobie to, co wie każda kobieta po sześćdziesiątce, która pochowała już ojca. Najpierw notariusz albo sąd. Stwierdzenie nabycia spadku. Mama nie zostawiła testamentu, pytałam ją kiedyś przy herbacie, a ona machnęła ręką: "Po co, dziewczyny się dogadają". Czyli po połowie, ja i Iwona. Nikt nie może niczego sprzedać, dopóki nie podpiszemy się obie. Powtarzałam to sobie na każdym światłach jak różaniec. Nie mogą. Nie mają prawa.

I wtedy, gdzieś przy rondzie, przypomniałam sobie słupki.

Pięć, może sześć lat temu przyjechałam w niedzielę z sernikiem i zobaczyłam w sadzie, między jabłonkami, wbite biało-czerwone paliki. Mama stała przy oknie w szlafroku.

- Co to, mamo?
- A, geodeta był. Granice wytyczali, z tyłu, z Kowalczykami.

I tyle. Pokroiłam sernik, zmierzyłam jej ciśnienie, o szóstej pojechałam, bo w poniedziałek rano otwierałam aptekę. Iwona jak zwykle stała w oknie i patrzyła, jak odjeżdżam.

Wieczorem w ich kuchni w bloku przy kościele pachniało smażoną cebulą i smarem. Grzegorz siedział przy stole, ręce miał jeszcze czarne od warsztatu, mimo że je szorował. Nie patrzył na mnie. Iwona bez słowa położyła przede mną teczkę.

Akt notarialny. Umowa darowizny. Rok dwa tysiące dwudziesty pierwszy. "Zofia Nowicka daruje córce Iwonie Mazur działkę numer..." Dalej numery, metry, służebność przejazdu przez podwórko do drogi. Na dole podpis mamy, krzywy, z ogonkiem przy "Z", jak na kartkach imieninowych.

Czytałam to zdanie trzy razy. Litery mi się rozjeżdżały.

- Pięć lat - powiedziałam w końcu. - Pięć lat i nikt mi...
- Mama nie chciała, żebyś wiedziała.
- Dlaczego?

Iwona usiadła naprzeciwko. Wytarła ręce w ścierkę, choć były suche.

- Bała się, że się obrazisz. Że przestaniesz przyjeżdżać w niedziele. Że pomyślisz, że mnie kocha bardziej. - Przełknęła ślinę. - Powiedziała tak: "Iwonka, ty mnie myjesz, ty mi w nocy wodę podajesz. Dom podzielicie po równo. A to jest za to, czego się nie da zapłacić".

Chciałam krzyknąć, że ja też. Że ja też jeździłam, woziłam leki, siedziałam w poczekalni u kardiologa. I zamilkłam, bo wiedziałam, ile tych niedziel było. I wiedziałam, ile było nocy, w które dzwonił telefon u Iwony, a nie u mnie.

- A zamek? - zapytałam ciszej.

Grzegorz wreszcie podniósł głowę.

- Stary się sypał, ledwo się otwierał. A jak Danuta powiedziała o tym typie z latarką... W domu są mamy dokumenty, obrączka, wszystko. - Wskazał brodą lodówkę. - Twój klucz tam wisi. Od środy.

Na lodówce, pod magnesem z Kołobrzegu, wisiał klucz. Do kółka przyczepiona była karteczka. "Jola". Pismem Iwony.

- A baner? - Głos mi się złamał. - Też miałaś mi powiedzieć w niedzielę?

Iwona spojrzała na męża. On odsunął talerz.

- To ja - powiedział. - Ona chciała poczekać. Ja nie mogłem. Jesienią zrobiłem naprawy trzech busów dla firmy przewozowej. Części na swoje, robota na swoje. Firma padła, nie zapłacili. Od tego czasu ZUS mi narasta, hurtownia dzwoni, ja nie śpię, Jola. Leżę i liczę. Kupiec z Opola pytał o tę działkę jeszcze za życia mamy. To powiesiłem. Głupio. Wiem, że głupio.

- "Przez rok niczego nie ruszamy" - powtórzyłam.

- Mówiłam o domu - szepnęła Iwona. - Domu nikt nie rusza. Przysięgam ci na mamę.

I to było najgorsze. Że mówiła prawdę. Z jej strony wszystko się zgadzało, każdy papier, każde słowo. Tylko mnie w tej prawdzie nie było.

Tydzień później siedziałyśmy obie u notariuszki w Opolu, przy biurku z zieloną lampką. Akt poświadczenia dziedziczenia, dom po połowie. A potem pani rejent zdjęła okulary i powiedziała coś, czego żadna z nas się nie spodziewała.

- Przy dziale spadku darowizna, którą mama zrobiła na rzecz jednej z córek, zostanie zaliczona na jej część. Chyba że mama w akcie od tego zwolniła. - Przekartkowała teczkę. - Nie zwolniła.

Iwona zrobiła się biała jak kartka.

- Czyli dom jest... jej?
- Panie mogą to ułożyć między sobą, jak chcą - powiedziała notariuszka spokojnie. - Prawo daje siostrze podstawę, żeby to policzyć.

Patrzyłam na Iwonę. Na jej ręce, spierzchnięte od kasy i od mycia mamy. Mogłam ją zostawić z niczym, tak jak ona zostawiła mnie bez słowa przez pięć lat. Miałam to na papierze.

- Dom biorę ja - powiedziałam. - Działka zostaje twoja, sprzedajcie ją. Żadnych spłat, ani ty mnie, ani ja tobie.

Pani rejent policzyła na kartce. Wychodziło mniej więcej na zero. Iwona płakała tak samo jak na stypie, tylko tym razem nie w moje ramię, a w chusteczkę od notariuszki.

- Myślisz, że mama by tak chciała? - zapytała na schodach.
- Nie wiem, czego chciałaby mama - odpowiedziałam. - Wiem, czego chcę ja. Chcę mieć siostrę i chcę wiedzieć, co się dzieje w moim własnym ogrodzie.

Działkę kupiło w czerwcu młode małżeństwo z Opola, z dwuletnią córeczką. Przejeżdżają przez nasze podwórko na budowę, dziewczynka macha mi zza szyby. Pelargonie odżyły, choć dwie musiałam wymienić. Zamka w furtce nie zmieniłam. Klucz z karteczką "Jola" noszę przy pęku od apteki.

Rok jeszcze nie minął. Niczego w domu nie ruszamy.