Przez osiem lat w każdy piątek piekłam dodatkowy placek dla pani Bożeny z poczty - nosiła nam listy na czwarte piętro bez windy, od szóstej rano na rejonie. We wrześniu przeszła na emeryturę. W sobotę przyjechała z mężem i przez dwa dni malowali mi kuchnię.
- Pani Danusiu, ma pani jakieś gazety? Bo folii wzięliśmy za mało.
Stała w drzwiach w rozciągniętym dresie, z wiadrem farby w jednej ręce i rolką taśmy malarskiej w drugiej. Za nią, na półpiętrze, sapał postawny mężczyzna z drabiną na ramieniu. Była sobota, ósma rano, a ja miałam na sobie podomkę i siatkę na włosach.
- Pani Bożena? Co pani... Co tu się dzieje?
- Kuchnię przyjechaliśmy pomalować - powiedziała takim tonem, jakim przez lata mówiła "polecony do pani, proszę podpisać". - Mirek, nie stój tak, postaw tę drabinę, bo sąsiadom ściany porysujesz.
Przez osiem lat widywałam ją w każdy piątek koło dziewiątej. Słyszałam ją, zanim ją zobaczyłam - ciężki oddech na trzecim piętrze, szuranie torby o poręcz, potem dzwonek. Czwarte piętro bez windy na Retkini, a ona z tą torbą od szóstej rano na rejonie. Dwa tygodnie wcześniej był jej ostatni dzień.
Pamiętam, jak wtedy stała na wycieraczce z szarlotką zawiniętą w ścierkę i płakała. Nie tak jak w filmach. Po prostu łzy jej leciały, a ona je ocierała grzbietem dłoni i się śmiała.
- Kolana już nie te, pani Danusiu. Czterdzieści lat po schodach. Lekarz powiedział, że albo poczta, albo kolana.
I wtedy zajrzała mi przez ramię do kuchni. Na suficie, nad zlewem, wisiała brązowa plama w kształcie Afryki.
- A to od kiedy?
- Od maja. Pan z piątego pralkę zalał. Ubezpieczalnia coś tam wypłaciła, syn obiecał, że przyjedzie i pomaluje.
Powiedziałam to tak, jak się takie rzeczy mówi. Bez wiary.
Teraz ta sama Bożena rozkładała folię na mojej podłodze, a jej mąż wnosił drabinę, której nóżki owinął starymi skarpetkami, żeby nie rysowała.
- Ja nie mogę tego przyjąć - powiedziałam. - Pani Bożeno, naprawdę. Ja pani zapłacę chociaż za farbę.
Mirosław oparł drabinę o ścianę, wytarł czoło i spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi.
- Pani Danuto. Osiem lat żona przynosiła do domu pani placki. Ja przez całe małżeństwo tyle sernika nie zjadłem. To jest najmniej, co mogę zrobić, żeby się nie czuć jak darmozjad.
Bożena parsknęła śmiechem. Ja nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc zdjęłam firanki.
Pracowali tak, jak się pracuje, kiedy się z kimś przeżyło trzydzieści lat - bez słów. On skrobał sufit, ona taśmowała listwy. Zbyszek i ja też tak umieliśmy. Ja zdejmowałam ze ściany talerze, które wieszaliśmy razem w osiemdziesiątym dziewiątym, i nagle musiałam usiąść na taborecie.
Bo to wszystko zaczęło się przez Zbyszka.
Umarł w listopadzie, osiem lat temu. W pierwszy piątek po pogrzebie wstałam o szóstej i - zanim w ogóle pomyślałam - stałam już przy stolnicy. Czterdzieści lat piekłam w piątki, bo on na sobotnią kawę musiał mieć ciasto.
Wyjęłam z piekarnika blachę drożdżowego z kruszonką i zrozumiałam, że nie ma kto go zjeść. Tomek w Wrocławiu, ja sama. Stałam nad tą blachą i nie mogłam przestać się trząść.
Wtedy zadzwonił dzwonek. Bożena z poleconym z ZUS-u, czerwona od schodów, z kroplami deszczu na kurtce.
- Proszę - powiedziałam i wcisnęłam jej pół blachy w ręce. - Bo się zmarnuje.
W następny piątek nie miała do mnie żadnego listu. A jednak zadzwoniła.
- Przechodziłam. Tak tylko sprawdzić, czy pani żyje - zażartowała. Ale nie odeszła, dopóki nie wypiłam przy niej herbaty.
I tak zostało. Ja piekłam, ona przychodziła. Czasem z rachunkami, czasem z pustymi rękami. Pięć minut na wycieraczce, czasem dziesięć. Dowiedziałam się o jej córce w Anglii, o jej teściowej z Alzheimerem, o tym, że Mirek nie umie odmówić nikomu, kto prosi o pomoc przy remoncie. Ona wiedziała o mnie wszystko.
Siedząc na taborecie w kuchni pełnej folii, pierwszy raz zrozumiałam coś, co powinnam była zrozumieć dawno. Ja przez te lata wcale nie piekłam dla niej. Piekłam, bo miałam dla kogo. To ona przychodziła do mnie, nie odwrotnie.
- Jaki kolor? - Mirek stuknął w wiadro. - Żona mówi, że pani chciała masło.
Spojrzałam na Bożenę. Kiedyś, może pięć lat temu, przy jakiejś szarlotce powiedziałam jej, że całe życie marzyłam o kuchni w kolorze masła, a Zbyszek się upierał przy zielonym, "bo praktyczny". Rzuciłam to mimochodem. Ona zapamiętała.
W niedzielę po południu zadzwonił Tomek. Na wideo, jak zawsze, z samochodu.
- Mamo, co to za drabina? Kto tam jest?
Obróciłam telefon. Zobaczył Mirka na drabinie, Bożenę z pędzlem przy oknie i sufit, jasny jak śmietana.
- Obcy ludzie ci malują? - Głos mu się zmienił. - Mamo, przecież mówiłem, że przyjadę na Wszystkich Świętych...
- Mówiłeś też na majówkę. I w wakacje.
Nie chciałam tego powiedzieć. Wyszło samo. Tomek zamilkł. Widziałam, jak zaciska szczękę, zupełnie jak ojciec.
- Wiesz, ile ja teraz biorę nadgodzin? - powiedział cicho. - Kredyt, dzieciaki, Marta na pół etatu. Myślisz, że mnie to nie gryzie? Że ty tam sama siedzisz z tą plamą?
I wtedy zobaczyłam, że on się nie złości na mnie. Wstydzi się. Mój czterdziestoletni syn wstydził się przed obcą kobietą z poczty, że to nie on stoi na tej drabinie.
Bożena podeszła, wytarła ręce w szmatę i wzięła ode mnie telefon.
- Panie Tomku, ja jestem Bożena. Ta od listów. Pan się nie gniewa. Pana mama osiem lat mnie karmiła, to ja jej teraz oddaję. A pan niech przyjedzie na święta i powiesi jej nowe firanki, bo te stare to już się nie nadają.
Tomek się roześmiał. Pierwszy raz od dawna słyszałam, jak mój syn się śmieje.
Skończyli w niedzielę o siódmej wieczorem. Zjedliśmy rosół przy rozłożonym stole w pokoju, bo w kuchni jeszcze schło. Mirek zjadł trzy talerze i powiedział, że jak tak dalej pójdzie, to on zostaje. Bożena ścisnęła mnie za rękę pod stołem.
W następny piątek wstałam o szóstej. Nastawiłam piekarnik, wymieszałam ser. I dopiero kiedy sernik stygł na parapecie, przypomniałam sobie, że nikt nie zadzwoni. Nowy listonosz, chudy chłopak w słuchawkach, zostawiał wszystko w skrzynce na dole.
Stałam w tej mojej maślanej kuchni i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić.
O dziesiątej zadzwonił telefon.
- Pani Danusiu - Bożena sapała, jakby szła po schodach. - Ja tu stoję pod pani blokiem. Bez torby, bez listów. Kolana mnie bolą jak diabli. Ale chyba pani nie myślała, że ja w piątki będę siedzieć w domu?
Teraz przychodzi o dziesiątej, nie o dziewiątej. Siada przy stole, nie na wycieraczce. A w grudniu przyjechał Tomek i powiesił firanki.
Krzywo. Bożena mówi, że tak ma zostać.