Syn z synową i dwójką dzieci wprowadzili się do mnie w lutym - "tylko na remont łazienki, mamo, trzy tygodnie". Łazienkę skończyli w kwietniu, synowa pokazywała mi zdjęcia płytek. W sierpniu usłyszałam przez ścianę, jak mówi przez telefon koleżance: "Trzy studentki po tysiąc dwieście, a u teściowej mieszkamy za darmo".
Prasowałam koszulkę Antka z dinozaurem, kiedy przez ścianę usłyszałam śmiech synowej. Taki lekki, swobodny, jakim śmieje się kobieta, która właśnie komuś opowiada o udanym interesie.
- No mówię ci, Aśka, złoto, nie mieszkanie. Trzy studentki po tysiąc dwieście, a u teściowej mieszkamy za darmo.
Żelazko syknęło. Postawiłam je na podstawce i stałam z dłonią na koszulce, aż poczułam, że materiał stygnie pod palcami. Za ścianą Paulina mówiła dalej - o umowach od października, o kaucji, o tym, że dziewczyny są z Kutna, spokojne, rodzice za nie płacą. A ja patrzyłam na stertę wyprasowanych rzeczy na wersalce - jej bluzek, koszul Grześka, rajstopek Zuzi - i liczyłam w głowie miesiące. Luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec. Sierpień.
Trzy tygodnie, mamo. Tylko na remont łazienki.
Nie weszłam do nich. Wyłączyłam żelazko, poszłam do swojego pokoju i usiadłam na łóżku w ubraniu. Przez otwarte okno słychać było tramwaj na Piłsudskiego i jakiegoś pijanego, który śpiewał pod Biedronką. Sześćdziesiąt trzy lata, pomyślałam. Trzydzieści lat pilnowania szwaczek na zmianie w zakładach, żadna mnie nigdy nie oszukała z normą. A własna synowa rozmawia o mnie jak o darmowym hotelu.
Grzesiek zadzwonił w połowie stycznia. Głos miał zmęczony, jak zawsze ostatnio.
- Mamo, skuwamy wszystko do cegły. Nie będzie gdzie się umyć, a z dziećmi to sama wiesz. Trzy tygodnie, góra cztery.
Wiedziałam. Wychowałam go w tym samym mieszkaniu na Widzewie, czwarte piętro bez windy, trzy pokoje, które po śmierci Zdzisława zrobiły się nagle za duże. Ucieszyłam się. Naprawdę się ucieszyłam. Zuzia dostała dawny pokój Grześka, Antek spał z rodzicami na rozkładanej kanapie w dużym pokoju, a rano i tak lądował u mnie w łóżku, ciepły i pachnący snem.
Płytkarz nawalił w marcu. Potem przyszły złe fugi, potem silikon musiał schnąć. W kwietniu Paulina usiadła obok mnie na wersalce i podsunęła mi telefon.
- Niech mama zobaczy. Ładnie, co?
Szare płytki w duży format, deszczownica, wnęka na szampony podświetlona od spodu. Powiedziałam, że ładnie. Czekałam, aż ktoś powie "to w sobotę się wyprowadzamy". Nikt nie powiedział.
- Mamo, dzieci się przyzwyczaiły - rzucił Grzesiek przy kolacji. - Do końca roku szkolnego, dobrze? Szkoda ich szarpać.
W czerwcu Paulina przyszła z kolejnym pomysłem. Żeby Zuzię od września przepisać do szkoły tu, na osiedlu, bo Grzesiek codziennie stoi godzinę w korkach na Retkinię i z powrotem. Zgodziłam się bez namysłu. Pomyślałam nawet, że to ładnie z jej strony, że chce, żeby wnuczka była blisko babci.
Teraz, siedząc na łóżku w ciemności, układałam sobie te kawałki jeden przy drugim. Zimowe kurtki, które Grzesiek przywiózł w lipcu, "żeby w szafie nie zatęchły". Popołudnia, kiedy Paulina znikała, "przewietrzyć u nas".
Kilkaset złotych na zakupy, które dali mi w marcu, i których potem jakoś już nie było, a emerytura ledwo starczała na prąd, który przy sześciu osobach skoczył jak szalony. Nie liczyłam. Nie chciałam liczyć. Antek mówił do mnie "babciu, ty jesteś najlepsza na świecie" i to mi wystarczało za rachunek.
Rano poprosiłam Krysię z trzeciego piętra, żeby mi pokazała, jak się szuka ogłoszeń w telefonie. Nie musiałam długo przewijać. "Pokój dla studentki, Retkinia, od października, świeżo po remoncie". Trzecie zdjęcie przedstawiało łazienkę. Szare płytki w duży format. Podświetlona wnęka na szampony.
Powiedziałam im w niedzielę, po rosole. Dzieci oglądały bajkę w dużym pokoju, przez uchylone drzwi dochodziła piosenka o piesku. Położyłam telefon z ogłoszeniem na stole, między talerzami.
Grzesiek zrobił się czerwony aż po uszy. Odłożył łyżkę i patrzył w ceratę, jakby tam było coś do przeczytania. Paulina nie spuściła wzroku. Wyprostowała się, jakby od dawna czekała na tę rozmowę.
- Mama nie wie, jak jest - powiedziała szybko. - Rata nam skoczyła prawie o połowę. Do tego pożyczka na tę łazienkę, bo już nie dało się w niej mieszkać, grzyb był za kafelkami. Grześkowi w firmie obcięli nadgodziny, ja mam pół etatu w drogerii. Policzyłam wszystko. Jak wynajmiemy na rok, to spłacimy pożyczkę i będziemy na zero. Na zero, mamo. Pierwszy raz od pięciu lat.
- I chciałaś mi to powiedzieć kiedy? Jak już się dziewczyny wprowadzą?
- Mama by się nie zgodziła.
- Tego nie wiesz. Nie zapytałaś.
Zamilkła. Za drzwiami piesek z bajki skończył śpiewać i zaczęła się następna piosenka.
- Moi rodzice stracili dom, jak miałam dwanaście lat - powiedziała ciszej. - Komornik, licytacja, cała wieś patrzyła, jak tata wynosi telewizor do samochodu wujka. Ja sobie przysięgłam, że moje dzieci tego nie zobaczą. Nigdy.
Pierwszy raz od ośmiu lat, odkąd znałam Paulinę, zobaczyłam w niej przestraszoną dziewczynkę. I przez moment chciałam ją przytulić i powiedzieć: mieszkajcie, ile chcecie. Ale przypomniałam sobie jej śmiech zza ściany. Lekki. Zadowolony.
- Ja nie pytam, po co wam pieniądze - powiedziałam. - Pytam, czemu ja jestem ostatnią osobą w tej rodzinie, która wie, gdzie mieszka. I nie mów mi, że za darmo, Paulina. Wiesz, ile kosztuje masło? Bo ja wiem. Co tydzień.
Grzesiek wreszcie podniósł głowę.
- Mamo, ja chciałem ci powiedzieć. W maju. I w czerwcu. I...
- I nie powiedziałeś. Masz trzydzieści osiem lat, Grzesiu. Nie jesteś tu lokatorem. Jesteś moim synem.
Siedzieliśmy w ciszy tak długo, że Antek przyszedł z dużego pokoju zapytać, czy jest deser. Dałam mu kawałek sernika i odesłałam do siostry. Potem powiedziałam to, co ułożyłam sobie w nocy.
- Do końca września wracacie do siebie. Mały pokój wynajmijcie, jedna studentka wam nie przeszkodzi, ja z waszym ojcem przez dwa lata mieszkałam z jego bratem za ścianą i jakoś żyję. Dwie pozostałe dziewczyny mają jeszcze miesiąc na szukanie, w Łodzi pokoi nie brakuje.
- A Zuzia? - zapytała Paulina. - Już jest zapisana tutaj.
- Zuzia będzie przychodzić do mnie po szkole. Obiad zje, lekcje odrobi, Grzesiek ją odbierze po pracy. - Wstałam i zaczęłam zbierać talerze. - To akurat mogę robić za darmo. Bo sama tak chcę.
W nocy Paulina przyszła do kuchni, kiedy piłam herbatę z cytryną. Stanęła w drzwiach w piżamie i długo nic nie mówiła.
- Ja to Aśce tak powiedziałam, bo... - urwała. - Bo ona ma męża w Norwegii i dom pod Zgierzem. Chciałam, żeby choć raz pomyślała, że my też sobie radzimy.
- Wiem - odpowiedziałam. I naprawdę wiedziałam. Co nie znaczyło, że przestało boleć.
Wyprowadzili się dwudziestego ósmego września, w sobotę. Pomagałam nosić kartony do samochodu, a potem pojechałam z nimi na Retkinię, bo Antek nie chciał puścić mojej ręki. W mieszkaniu pachniało świeżą farbą i nowymi meblami z paczek. W małym pokoju stało wąskie łóżko z gołym materacem, czekające na dziewczynę z Kutna.
Weszłam do łazienki. Pierwszy raz od lutego. Dotknęłam szarych płytek - były zimne i gładkie, dokładnie takie jak na zdjęciu. Tylko że tym razem nikt nie musiał mi ich pokazywać w telefonie.
Wieczorem, w pustym mieszkaniu, znalazłam za wersalką koszulkę z dinozaurem. Wyprasowałam ją do końca i odłożyłam do szafy. Na następny raz, kiedy przyjdą. W gości.