Mąż od czterech lat co czwartek jeździ do Mietka grać w szachy. W sobotę w Biedronce spotkałam żonę Mietka i zapytałam, kto w końcu częściej wygrywa. Zdziwiła się: "przecież Mietek od dwóch lat pracuje w Anglii".

Stałam przy lodówce z nabiałem i liczyłam w głowie, czy brać dwa serki wiejskie, czy trzy, bo w niedzielę miała przyjść Magda z dziećmi. Ktoś dotknął mojego łokcia.

- Jola? Jolka Sowińska?

Grażyna. Żona Mietka. Widziałam ją może pięć razy w życiu - na jakichś imieninach, na pogrzebie kolegi z kolei, raz na festynie. Ucieszyłam się szczerze, bo od lat miałam do niej jedno pytanie.

- Grażynka, kopę lat! Słuchaj, ty mi musisz wreszcie powiedzieć, bo mój się tylko śmieje. Kto w końcu częściej wygrywa, Grzesiek czy twój?

Patrzyła na mnie tak, jakbym zapytała ją o pogodę na Marsie.

- Ale w co wygrywa?

- No w szachy. W czwartki. Grzesiek od czterech lat do was jeździ.

- Jola... - Odstawiła koszyk na podłogę. - Przecież Mietek od dwóch lat pracuje w Anglii. U syna, w Birmingham, na magazynie. Przyjeżdża tylko na święta.

Zaśmiałam się. Naprawdę się zaśmiałam, głośno, aż jakiś chłopak przy jogurtach się odwrócił.

- To pewnie przez internet grają - powiedziałam. - Wiesz, jacy oni są.

Grażyna kiwnęła głową. Za szybko. I spojrzała na mnie tak, jak się patrzy na kobietę, której jeszcze nikt nic nie powiedział, ale wszystko jest już jasne.

Wzięłam trzy serki. Nie wiem po co.

Grzegorz siedział na balkonie i przesadzał pelargonie, kiedy wróciłam. Gwizdał coś pod nosem. Trzydzieści sześć lat małżeństwa, a ja stałam w przedpokoju z siatką w ręku i bałam się wejść do własnej kuchni, bo nie wiedziałam, co zrobię z twarzą.

- Jolka, kupiłaś ziemię do kwiatów? - zawołał.

- Zapomniałam.

- No trudno, jutro skoczę.

I tyle. Normalna sobota. Normalny Grzesiek w poplamionych spodniach roboczych, z rękami w doniczce.

Przez następne dni nie powiedziałam ani słowa. Sama nie rozumiałam dlaczego. Może bałam się, że jak zapytam, to on coś wymyśli - a ja uwierzę, bo będę chciała uwierzyć. Zamiast pytać, zaczęłam sobie przypominać.

Cztery lata temu przeszedł na kolejarską emeryturę i przez pierwsze tygodnie chodził po mieszkaniu na Północy jak lew w klatce. To ja mu podsunęłam: zadzwoń do Mietka, przecież zawsze gadaliście o tych szachach w lokomotywowni. Zadzwonił. Wrócił z pierwszego czwartku rozpromieniony. Przegrał trzy partie, a cieszył się jak dziecko.

Potem czwartki stały się święte. Prysznic o szesnastej. Woda kolońska. "Grażyna u nich wszystko na błysk, nie wypada przyjść jak z garażu". Drewniana kasetka z szachami pod pachą, bo "Mietek ma pionki powyginane". Powrót koło wpół do jedenastej. "Mietek pozdrawia". "Mietek mnie zamatował gońcem, cholera".

Dwa lata temu Mietek wyjechał. A pozdrowienia przychodziły dalej.

Przypomniałam sobie jeszcze jedno. Zeszłego lata Grzegorz przywoził z działki więcej pomidorów, niż mógł urodzić nasz krzak. "Pani Iwona spod siódemki dała, wdowa, sama nie przeje". Przez chwilę poczułam nawet wtedy wdzięczność do tej pani Iwony. Upiekłam jej sernik i Grzesiek go zawiózł. Ja, księgowa, która od dwudziestu lat w spółdzielni łapie każdą pomyłkę w groszach, nie zauważyłam, że coś się nie zgadza we własnym domu.

W czwartek wziął prysznic o szesnastej. Woda kolońska. Kasetka pod pachą.

- Pozdrów Mietka - powiedziałam przy drzwiach.

- Pozdrowię - odpowiedział i pocałował mnie w czoło.

Odczekałam kwadrans. Potem wsiadłam w autobus i pojechałam pod ogródki działkowe przy torach, gdzie Grzegorz od dwudziestu lat miał swoje dwa ary. Szłam od przystanku piechotą, w półbutach, w których zwykle chodzę do pracy, i myślałam, że jestem głupia. Że zaraz zobaczę pusty parking i będę musiała szukać dalej.

Nasza niebieska fabia stała przy bramie.

Na tylnym siedzeniu leżała kasetka z szachami. Zamknięta.

Alejka była pusta, pachniało bzem i świeżo skoszoną trawą. W altance pod siódemką paliło się światło. Stanęłam za żywopłotem sąsiada i patrzyłam przez okno. Kobieta w moim wieku, okrągła, w fartuchu w drobne kwiatki, stawiała na stole talerz pierogów.

Grzegorz siedział w samej koszuli, tej w kratę, którą kupił sobie w marcu "na wiosnę". Coś opowiadał, machał rękami, a ona śmiała się, odchylając głowę. Potem przechodząc za jego krzesłem, położyła mu dłoń na karku. Tak zwyczajnie. Jak się kładzie dłoń na karku komuś, kogo się zna na pamięć.

Najgorsze nie było to, że go dotknęła. Najgorsze było to, jak on się śmiał. W domu nie słyszałam tego śmiechu od lat.

Nie weszłam. Wróciłam ostatnim autobusem, zdjęłam buty i usiadłam w kuchni przy zgaszonym świetle. Zapaliłam tylko lampkę nad kuchenką.

Przyszedł za dwadzieścia jedenasta. Odłożył klucze na tacę przy lustrze, kasetkę postawił na szafce.

- Jeszcze nie śpisz?

- Kto wygrał?

- Mietek. Znowu mnie zrobił gońcem, możesz sobie wyobrazić.

- Grzesiek. Mietek jest w Birmingham.

Stał w drzwiach kuchni z jedną ręką jeszcze w rękawie kurtki. Bardzo długo. Słyszałam, jak w lodówce coś cyka.

- Kto ci powiedział? - zapytał w końcu cicho.

- Grażyna. W Biedronce. A resztę widziałam sama. Pierogi były z czym? Z kapustą?

Usiadł naprzeciwko mnie. Nie zaprzeczał. Może to było najgorsze - że nawet nie próbował.

- Ja na początku naprawdę jeździłem do Mietka - powiedział. - Naprawdę, Jola. A potem Mietek wyjechał, a czwartek został. Nie umiałem ci powiedzieć, że nie mam dokąd jechać. Przez miesiąc siedziałem w samochodzie pod jego blokiem i słuchałem radia. Wstyd mi było wrócić o szóstej.

- A potem?

- A potem pojechałem na działkę. Iwona tam była. Zrobiła herbaty. Gadaliśmy. Ona mnie o wszystko pyta, rozumiesz? O kolej, o lokomotywy, jak było na bocznicy w osiemdziesiątym. Słucha.

- A ja nie słucham.

- Ty mówisz do mnie: wynieś śmieci, zapłać za gaz, Magda przywiezie dzieci w niedzielę.

- Bo ktoś musiał pamiętać o gazie, Grzesiek.

- Wiem. - Potarł twarz dłońmi. - Wiem, że to ty wszystko trzymałaś. Nie mówię, że to twoja wina. Mówię, jak było.

Chciałam krzyczeć. Naprawdę chciałam, przez całą drogę autobusem układałam sobie te zdania. A siedziałam i patrzyłam na jego ręce, z ziemią z doniczek jeszcze za paznokciami, i nic.

- Kochasz ją? - zapytałam.

Milczał tak długo, że odpowiedź przestała być potrzebna.

- Nie wiem - powiedział w końcu. - Dobrze mi tam.

Następnego dnia rano spakowałam mu dwie torby. Koszule, bieliznę, leki na ciśnienie, golarkę. Na wierzch położyłam drewnianą kasetkę z szachami.

- Nie musisz udawać czwartków - powiedziałam. - Masz teraz cały tydzień.

Pojechał. Do Iwony, do jej M-3 na Rakowie. Magda płakała przez telefon i pytała, czy nie dałoby się "jakoś tego poskładać". Bartek zadzwonił z Wrocławia raz, powiedział "mamo, cokolwiek zdecydujesz" i więcej nie wracał do tematu. Wnuki pytały, gdzie dziadek. Mówiłam, że dziadek mieszka teraz gdzie indziej. Dzieci przyjmują takie rzeczy prościej niż dorośli.

Po pięciu tygodniach Grzegorz stanął pod drzwiami z bukietem tulipanów. Mówił, że u Iwony ciasno, że ona ogląda inne seriale, że tęskni za domem.

- Za domem - powtórzyłam. - Wróciłbyś do kuchni, Grzesiek. Nie do mnie.

Nie wpuściłam go. We wrześniu złożyłam pozew o rozwód, bez orzekania o winie. Nie chciałam, żeby wnuki kiedyś czytały w aktach, kto był winny. Sama do dziś nie umiem tego do końca policzyć - a liczyć przecież umiem.

Grażynę spotkałam znowu jesienią, w tej samej Biedronce, przy tej samej lodówce.

- Jola, ja przepraszam - powiedziała od razu. - Gdybym wiedziała, tobym trzymała język za zębami.

- Dobrze, że nie wiedziałaś - odpowiedziałam. - Inaczej byś skłamała. Jak wszyscy.

Mietek przyjechał na Boże Narodzenie i podobno pytał, czy Grzesiek nie chciałby zagrać. Grzesiek nie chciał.

Nikt już nie pyta, kto częściej wygrywa. Ja wiem. Przez dwa lata wygrywał on. Ostatnią partię skończyłam ja.