Na działkę w ogrodach przy Kolejowej od zeszłego roku nie jeżdżę, kolano. Klucze od altanki ma wnuk - "będę ci kosił, babciu". We wrześniu przyszło pismo z zarządu ogrodu: trzecie upomnienie za zakłócanie ciszy nocnej i "prowadzenie na działce działalności noclegowej". Do pisma dołączyli wydruk ogłoszenia: "Altana z grillem, 6 osób, 250 zł za noc".
Trzecie. Tak było napisane, czarno na białym: "Po raz trzeci wzywamy Panią do zaprzestania…". A ja nie widziałam ani pierwszego, ani drugiego.
Siedziałam w kuchni nad tym wydrukiem i patrzyłam na zdjęcie. Nasza altanka. Ta z zielonymi okiennicami, które Stasiu malował jeszcze dwa lata przed śmiercią, bo mówił, że brązowe są jak trumna. Na zdjęciu okiennice były otwarte, na ganku stały lampki na baterie, a na stoliku - butelki i talerz z kiełbaskami. Pod spodem ktoś napisał: "Klimatyczne miejsce w zieleni, idealne na wieczór panieński lub spotkanie ze znajomymi. Wi-fi na życzenie".
Wi-fi. U nas na działce prąd był tylko do pompy i czajnika.
Zadzwoniłam do Kuby. Nie odebrał. Napisałam SMS-a: "Zadzwoń do babci. Pilne". Odpisał po godzinie: "Mam zajęcia, wieczorem wpadnę". Wieczorem nie wpadł. Napisał, że coś mu wypadło.
Wtedy wiedziałam już na pewno.
Następnego dnia zamówiłam taksówkę. Z Tysiąclecia na Kolejową to niedaleko, ale dla mnie, z tym kolanem i laską, to jak wyprawa w góry. Taksówkarz pomógł mi wysiąść przy bramie, a ja stałam i patrzyłam na alejkę, którą przez trzydzieści lat chodziłam dwa razy dziennie, z konewką, z koszykiem malin, z wnukiem w wózku.
Pierwszy zobaczył mnie pan Zdzisław z działki obok. Odłożył sekator i podszedł do siatki.
- Pani Basia? Matko, a ja myślałem, że pani już nie żyje.
- Jeszcze żyję, panie Zdzisławie.
- No bo tu takie rzeczy się działy… - zawahał się. - To ja pisałem do zarządu. Niech pani się nie gniewa. Ale w lipcu to co weekend. Muzyka do trzeciej, wrzaski, raz jakiś chłopak mi na tuje nasikał. Ja mam siedemdziesiąt cztery lata, ja tu przyjeżdżam odpocząć.
- Czemu pan do mnie nie zadzwonił?
- Dzwoniłem do pani wnuka. Mówił, że pani wie i że pani zgodziła się, żeby on dorobił.
Usiadłam na ławce przy furtce, bo nogi mi się ugięły - i nie przez kolano.
Klucz, który miałam w torebce, nie pasował. Kuba wymienił zamek. Pan Zdzisław przyniósł drabinkę i zajrzałam przez okno. W środku, tam gdzie stała stara wersalka i kredens ze słoikami, leżały dwa nowe materace, złożone jeden na drugim. Na ścianie, przypięta pinezką, wisiała zalaminowana kartka: "Zasady pobytu. Cisza nocna od 22:00. Prosimy nie zostawiać śmieci". Kredensu nie było. Słoików też.
Pod ławką na ganku stała skrzynka pocztowa, ta stara, zielona, do której zarząd wrzucał nam zawiadomienia o walnym i o wodzie. Była pusta.
Wieczorem Kuba w końcu przyszedł. Stał w przedpokoju i nie zdejmował kurtki, jakby liczył, że zaraz wyjdzie.
- Babciu, ja ci wszystko wytłumaczę.
- To tłumacz. Ale najpierw powiedz, gdzie są dziadka słoiki.
Zamrugał. Chyba spodziewał się czegoś innego.
- W garażu u mamy. Wszystkie. Żaden się nie stłukł, przysięgam.
Usiadł przy stole. Położyłam przed nim wydruk ogłoszenia i pismo z zarządu. Długo milczał, a potem wyjął z plecaka zeszyt w kratkę. Taki sam, w jakim ja kiedyś zapisywałam wydatki na dom.
- Pamiętasz, jak w zeszłym roku wujek z mamą mówili, żebyś oddała działkę? Że po co ci, że i tak nie jeździsz, że ktoś da pieniądze za altankę i za drzewa? - zaczął. - Ty wtedy płakałaś w łazience. Ja słyszałem.
Nie pamiętałam, że płakałam. Pamiętałam, że byłam zmęczona tym, jak wszyscy wiedzieli lepiej.
- Ja chciałem, żeby ona została. Ta działka. Żebyś miała gdzie wrócić, jak cię zoperują. I potem w maju ta wichura zerwała papę z dachu, i lało do środka, i wszystko by zgniło. Nie chciałem ci mówić, bo byś się martwiła. Dekarz chciał dwa tysiące. Ja nie miałem dwóch tysięcy.
Otworzył zeszyt. Wszystko było zapisane. Papa, gwoździe, dekarz. Opłata ogrodowa, którą myślałam, że w tym roku zapłacił Marek. Woda. Nowy zamek, "bo goście gubią klucze". Materace. Lampki.
- I pierwszy raz to była tylko jedna para, na dwie noce. Normalni ludzie. Zapłacili, posprzątali, zostawili czekoladę. I pomyślałem, że to w sumie nic złego. Że altanka i tak stoi pusta.
- A potem?
Spuścił głowę.
- A potem zrobiło się łatwo. I za łatwo. Jeden weekend, drugi. Z dachu i opłat zostało mi jeszcze trochę, to… - przełknął ślinę. - Kupiłem sobie laptopa, babciu. Na studia. Ale nie tylko na studia, nie będę kłamał.
- A pan Zdzisław? Te pisma ze skrzynki?
- Wyjmowałem. Myślałem, że jak skończy się sezon, to się samo uspokoi. I że nigdy się nie dowiesz.
Patrzyłam na niego i widziałam jednocześnie dwóch chłopców. Tego, który z miłości do mnie i do dziadka łatał dach za własne, nie swoje pieniądze. I tego, który powiedział sąsiadowi, że babcia o wszystkim wie. Obaj siedzieli przy moim stole w jednej kurtce i nie potrafiłam ich od siebie oddzielić.
- Wiesz, co jest w tym piśmie na dole? - zapytałam. - Że jak się nie stawię na rozmowę wyjaśniającą, zarząd może wypowiedzieć mi umowę. Dziadek tę działkę dostał, kiedy twój ojciec chodził do przedszkola. A ty prawie ją straciłeś, żeby ją uratować.
Rozpłakał się. Dwudziestoletni chłop, a płakał jak wtedy, kiedy spadł z czereśni.
Na rozmowę w zarządzie poszliśmy razem. Kuba wziął mnie pod rękę na schodach do świetlicy, a ja pozwoliłam, choć wcale nie musiałam. Prezes, pani Grażyna, znała mnie jeszcze z czasów, kiedy razem robiłyśmy kiermasz na Dzień Działkowca. Kuba sam wszystko opowiedział. Bez wymówek, bez "babcia nie wiedziała" w taki sposób, żeby to brzmiało jak usprawiedliwienie. Ogłoszenie zdjął jeszcze przy nich, z telefonu.
Dostaliśmy ostatnie ostrzeżenie. I warunek: przez rok żadnych nocujących, nawet z rodziny.
Potem poszliśmy do pana Zdzisława. Kuba przeprosił go za tuje, za muzykę i za kłamstwo. Pan Zdzisław długo milczał, aż w końcu powiedział, że tuje i tak trzeba było przyciąć. I poczęstował nas śliwkami.
Kredens wrócił do altanki w październiku. Kuba wniósł go z kolegą, tym samym, który podobno nocował tam w lipcu na swoim wieczorze kawalerskim. Słoiki ustawiłam sama, rzędami, tak jak lubił Stasiu.
Za laptopa Kuba oddaje mi co miesiąc, po trochu. Nie chciałam brać. On się uparł. Powiedział, że jak nie będzie oddawał, to znowu zrobi się za łatwo.
A ja zrozumiałam coś, czego nie chciałam widzieć wcześniej. To nie kolano trzymało mnie z dala od działki. Kolano było wygodne. Łatwiej było oddać klucze i powiedzieć "nie dam rady" niż przyjść tam, gdzie wszystko pachnie Stasiem, i siedzieć na ganku samej.
Teraz w soboty Kuba przyjeżdża po mnie samochodem matki. Ja siedzę na ganku z laską opartą o balustradę, a on kosi. Czasem pytam, czy nie tęskni za tymi pieniędzmi.
- Za pieniędzmi tak - mówi. - Ale nie za tym, jak się czułem, kiedy dzwoniłaś.
Nowy zamek został. Ale klucze są dwa. Jeden ma on. Drugi mam ja.