Córka poprosiła, żebym przenocowała jej koleżankę z pracy - "na miesiąc, póki znajdzie coś swojego". Magda mieszka u mnie od lutego. W środę sąsiadka zapytała, czy córka "oddaje mi chociaż połowę z tego tysiąca, bo Magda mówiła, że płaci jej co miesiąc".

Trzeci raz w tym tygodniu nie mogłam wejść rano do łazienki. Magda suszyła w niej bieliznę na sznurku rozciągniętym od kaloryfera do wieszaka na ręczniki, a mokre rzeczy kapały na dywanik, który kupiłam w zeszłym roku w Jysku.

Cofnęłam się do kuchni, nastawiłam czajnik i usiadłam przy stole. Z pokoju Magdy - czyli z pokoju, który kiedyś był pokojem Kasi - dochodziło ciche pikanie budzika. Było dwadzieścia po szóstej.

Siedem miesięcy temu to był pokój gościnny z rozkładaną kanapą i szydełkową narzutą po mamie. Teraz stała tam Magdina suszarka do włosów na parapecie, trzy pary butów pod ścianą i plastikowy organizer z kosmetykami na komodzie. Narzutę złożyłam i schowałam do szafy, bo Magda powiedziała, że ją "drapie".

Nazywam się Jolanta, mam sześćdziesiąt jeden lat i od trzech jestem na emeryturze. Wcześniej uczyłam polskiego w liceum w Częstochowie - trzydzieści dwa lata przy tablicy, z czego ostatnie dziesięć z coraz większym bólem kręgosłupa i coraz mniejszą cierpliwością do programów ministerialnych.

Mam jedną córkę, Kasię. Trzydzieści cztery lata, niezamężna, pracuje w firmie logistycznej na drugim końcu miasta. Mieszka w wynajętym kawalerce na Tysiącleciu. Przyjeżdża do mnie raz na dwa tygodnie, czasem rzadziej.

W styczniu zadzwoniła wieczorem.

- Mamo, mam taką prośbę. Koleżanka z pracy, Magda, ma sytuację. Musi się wyprowadzić od faceta, a jeszcze nie ma nic upatrzonego. Mogłaby u ciebie przespać się miesiąc? Góra dwa?

Zawahałam się, ale Kasia dodała:

- Ona jest spokojna, czyścioszka, całymi dniami w robocie. Nawet jej nie zauważysz.

Zgodziłam się, bo córka prosiła. Bo Magda miała kłopoty. Bo co to jest miesiąc.

Magda przyjechała w pierwszą sobotę lutego z dwiema walizkami i reklamówką pełną wieszaków. Była miła, cicha, podziękowała mi trzy razy, przyniosła ciasto z cukierni. Pierwszego tygodnia zmywała po sobie, składała koc na kanapie, pytała, czy może wziąć prysznic. Drugiego tygodnia przestała pytać. Trzeciego - przestała składać koc.

Nie chcę być niesprawiedliwa. Magda nie jest złą osobą. Ma trzydzieści lat, pracuje na magazynie, wstaje o piątej, wraca o trzeciej. Jest zmęczona. Rozumiem to. Ale jest marzec, potem kwiecień, potem maj - a Magda nie szuka mieszkania.

Albo szuka, ale nic nie znajduje. Albo znajduje, ale za drogie. Albo za daleko. Albo bez zwierząt - bo Magda, jak się okazało w trzecim tygodniu, ma kota. Kota przywiozła w transporterze jej matka z Kłobucka w jeden piątkowy wieczór, kiedy mnie nie było w domu.

- Pani Jolanto, przepraszam, nie miałam go gdzie zostawić - powiedziała Magda następnego ranka, a rudy kocur siedział na moim fotelu i lizał łapę.

Zadzwoniłam do Kasi.

- Mamo, daj spokój, to tylko kot. Magda się nim zajmie. I tak niedługo się wyprowadzi.

To było w marcu. Teraz jest wrzesień.

Kot zostawia sierść na kanapie, na dywanie, na moim szlafroku. Magda kupuje mu karmę, ale kuwetę czyszczę ja, bo Magda wraca zmęczona i zapomina, a ja nie mogę znieść zapachu. Rachunki za prąd wzrosły - Magda ma grzejnik elektryczny, bo w lutym narzekała na zimno. W lodówce jest ciasno. W łazience jest ciasno. W moim własnym mieszkaniu jest ciasno.

Ale nie o to chodzi. Nie o kota, nie o rachunki, nie o suszarkę w łazience.

Chodzi o to, co powiedziała sąsiadka.

W środę wracałam z apteki. Na klatce spotkałam Halinę z dołu, tę od białych firaneczek i pelargonii na parapecie. Halina jest typem osoby, która wie wszystko o wszystkich i podaje to z miną pełną troski.

- Jolciu - zaczęła, przytrzymując drzwi wejściowe - a ta Magda to dalej u ciebie?

- Dalej - westchnęłam.

- No bo ona mi mówiła na klatce, że płaci Kasi co miesiąc. Ja myślałam, że tobie oddaje, ale ona mówi, że Kasia kazała przelewać na swoje konto. Oddaje ci chociaż połowę z tego tysiąca?

Stanęłam na schodach z reklamówką z apteki w jednej ręce i kluczami w drugiej. Halina patrzyła na mnie wyczekująco.

- Dziękuję, Halina - powiedziałam. - Muszę iść.

Weszłam na drugie piętro na miękkich nogach. Zamknęłam za sobą drzwi, postawiłam reklamówkę na szafce w przedpokoju i usiadłam na taborecie przy wieszaku. Magda była w pracy. Kot spał na kanapie. Cisza.

Tysiąc złotych miesięcznie. Od lutego. Siedem miesięcy. Siedem tysięcy.

Moja córka bierze pieniądze za to, że obca kobieta mieszka w moim mieszkaniu, śpi na mojej kanapie, używa mojej łazienki, je z moich talerzy. A ja nie widzę z tego ani złotówki. Ja płacę wyższe rachunki. Ja sprzątam po kocie. Ja straciłam swój pokój gościnny, swoją ciszę, swoje poranne rytuały.

Siedziałam na tym taborecie chyba z dwadzieścia minut. Potem wstałam, zrobiłam sobie herbatę i zaczęłam myśleć.

Pierwsza myśl: może Halina kłamie. Halina lubi plotki, może coś przekręciła, może źle zrozumiała.

Druga myśl: ale skąd Halina wiedziałaby o jakimkolwiek tysiącu, gdyby Magda jej nie powiedziała?

Trzecia myśl: Kasia by mi tego nie zrobiła.

Czwarta myśl: a skąd wiesz?

Wieczorem, kiedy Magda wróciła z pracy i poszła pod prysznic, usiadłam w kuchni i czekałam. Wyszła z mokrymi włosami, w dresie, z kubkiem w ręce.

- Magda - zacząłam spokojnie. - Chciałam cię o coś zapytać. Czy ty płacisz Kasi za mieszkanie u mnie?

Zobaczyłam to natychmiast. Nie w słowach - w oczach. Ten krótki błysk paniki, zanim twarz się ułożyła.

- Pani Jolanto... Kasia mi powiedziała, że to na rachunki. Że pani wie. Przelewam jej co miesiąc, od początku. Myślałam, że pani wie.

Odstawiłam kubek na stół. Herbata była za gorąca, parzyła mnie w palce, ale jakoś tego nie czułam.

- Ile?

- Tysiąc. Od marca, bo w lutym to był tylko tydzień... Pani Jolanto, ja naprawdę myślałam, że pani wie.

Pokiwałam głową. Magda stała w drzwiach kuchni z mokrymi włosami i miną człowieka, który właśnie zrozumiał, że wplątał się w coś między matką a córką.

- Idź do siebie, Magda. To nie twoja sprawa - powiedziałam. I Magda poszła.

Do Kasi nie zadzwoniłam tego wieczoru. Ani następnego dnia. Potrzebowałam czasu, żeby ułożyć sobie w głowie to, co czuję, zanim usłyszę jej głos. Bo bałam się, że jeśli zadzwonię za wcześnie, to albo się rozpłaczę, albo nakrzyczę - a jedno i drugie pozwoli jej zamienić rozmowę w awanturę zamiast w odpowiedź.

Zadzwoniłam w piątek. Kasia odebrała po czwartym sygnale.

- Kasiu - powiedziałam. - Wiem o pieniądzach.

Cisza. Trzy sekundy, może cztery.

- Mamo, ja ci to chciałam powiedzieć, ale...

- Ale co?

- Ale myślałam, że Magda i tak niedługo się wyprowadzi i nie będzie tematu.

- Magda mieszka u mnie siedem miesięcy. Płaci ci tysiąc miesięcznie. Za moje mieszkanie. Za moją kanapę. Za mój prąd i moją wodę. I ty mi chciałaś powiedzieć?

- Mamo, ja mam kredyt za samochód, raty za telefon, wynajem... Myślałam, że ci to jakoś zrekompensuję. Że zabiorę cię gdzieś na wakacje, albo...

- Kasiu - przerwałam. - Słyszysz siebie?

Znowu cisza. Dłuższa.

- Przepraszam - powiedziała w końcu.

Ale nie powiedziała "oddam ci pieniądze". Nie powiedziała "porozmawiam z Magdą". Powiedziała "przepraszam" tym tonem, którym dzieci mówią "przepraszam", kiedy chcą zamknąć temat.

Odłożyłam słuchawkę i usiadłam na balkonie. Było ciepło, wrześniowe słońce grzało jeszcze jak letnie. Na parapecie sąsiadki z dołu kwitły pelargonie. Gdzieś za blokiem ktoś kosił trawę.

Pomyślałam o Kasi w wieku pięciu lat, kiedy prosiła mnie o lody i obiecywała, że zje obiad. O Kasi w wieku szesnastu lat, kiedy pożyczała ode mnie pieniądze na kino i "zapominała" oddać. O Kasi w wieku dwudziestu pięciu lat, kiedy powiedziała, że się ode mnie wyprowadza, bo potrzebuje "własnej przestrzeni".

Zawsze dawałam. Przestrzeń, pieniądze, czas, pokój gościnny. Dawałam, bo matka daje. Bo tak mnie wychowano. Bo odmowa oznaczałaby, że jestem złą matką.

Ale siedzieć w swoim własnym mieszkaniu i wiedzieć, że córka na nim zarabia - to był rodzaj odmowy, którego wcześniej nie rozważałam. Nie odmowy wobec Kasi. Odmowy wobec siebie - wobec tej wersji Jolanty, która zawsze mówi "dobrze, córeczko".

Magda wyprowadzi się do końca miesiąca. Powiedziałam jej to następnego dnia, spokojnie, bez pretensji. Magda pokiwała głową i powiedziała, że rozumie. Chyba nawet poczuła ulgę.

Z Kasią nie rozmawiałam od piątku. Pewnie zadzwoni w weekend, pewnie powie, że przesadzam, pewnie będzie urażona. A ja będę siedzieć na swoim balkonie, pić herbatę z własnego kubka i po raz pierwszy od siedmiu miesięcy nie zastanawiać się, czy ktoś zajął mi łazienkę.

Niektóre rzeczy dowiadujesz się o swoich dzieciach dopiero wtedy, kiedy przestajesz im mówić "tak" na wszystko.