Byłam dwa tygodnie u siostry nad morzem. Kiedy wróciłam, w dużym pokoju stała nowa kanapa, a fotela i biblioteczki po mężu nie było - książki "poszły do skupu, mamo, i tak nie czytasz". Zięć powiedział, że zrobili mi "odnowienie", żebym się ucieszyła.

Pierwsza rzecz, jaką zobaczyłam po otwarciu drzwi, to ta kanapa. Szara, narożna, z jakimiś poduszkami w geometryczne wzory.

Stała tam, gdzie przez trzydzieści lat stał fotel Staszka - ten brudnozielony, z przetartymi podłokietnikami, w którym czytał do północy, w którym zasypiał z okularami na nosie. Postawiłam torbę na podłodze i poczułam, że nogi mi się robią ciężkie, jakbym nagle miała nie sześćdziesiąt dwa lata, a dziewięćdziesiąt.

Biblioteczki też nie było. Ciemnej, orzechowej, którą Staszek kupił na pchlim targu w osiemdziesiątym szóstym roku i sam odnowił. Trzy półki, szklane drzwiczki, lekko krzywe nóżki. Teraz na jej miejscu stała niska szafka pod telewizor, biała, z błyszczącym blatem. Wyglądała jak z innego mieszkania. Z innego życia.

Zadzwoniłam do Magdy.

- Córeczko, co się stało z dużym pokojem?

- Mamo! Już jesteś? Podobał ci się? Darek sam wybrał tę kanapę, rozkładana jest, jakby ktoś chciał nocować. A biblioteczka - no mamo, to był mebel do wyrzucenia, korniki go żarły.

- Jakie korniki?

- No, robaczki takie. Darek mówił, że to niehigieniczne.

Stałam w tym pokoju, który pachniał nową tapicerką i farbą, i próbowałam zrozumieć, dlaczego ktoś, kogo kocham, zrobił mi coś takiego bez jednego telefonu.

Mam na imię Elżbieta, mieszkam we Wrocławiu, na Kozanowie, w bloku, który pamięta Gierka. Staszek umarł trzy lata temu - rak płuc, osiem miesięcy od diagnozy do końca. Zamknęłam kasę w biurze rachunkowym, wzięłam urlop, potem kolejny, potem zwolnienie. Do pracy wróciłam po pół roku, bo musiałam. Emerytura za trzy lata, a rachunki same się nie płacą.

Magda to nasze jedyne dziecko. Trzydzieści pięć lat, pracuje w banku, mąż Darek prowadzi mały zakład remontowy. Mieszkają piętnaście minut stąd. Magda jest dobrą córką - naprawdę tak uważam, mimo wszystko, co się potem stało.

Dzwoni codziennie. Przywozi mi zakupy, kiedy pada. Na Dzień Matki kupuje kwiaty i perfumy, nie te z Biedronki, tylko porządne. Ale od śmierci Staszka patrzy na mnie tak, jakbym była problemem do rozwiązania.

- Mamo, może byś się zapisała na basen - mówi.

- Mamo, może byś przestawiła te meble, bo ciągle się o nie potykasz.

- Mamo, te książki zbierają kurz, a ty nawet na nie nie patrzysz.

Nie patrzyłam na nie. To prawda. Ale wiedziałam, że tam są. Że na drugiej półce stoją kryminały Chandlera, które Staszek kupował w antykwariatach. Że na trzeciej leży atlas samochodowy z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku, który zabieraliśmy na każdy urlop. Że za szkłem drzwiczek stoi zdjęcie Staszka z Magdą - ona ma może cztery lata, siedzi mu na kolanach, oboje się śmieją.

To zdjęcie - spytałam Magdę następnego dnia, kiedy przyszła z Darkiem obejrzeć moją reakcję.

- Jakie zdjęcie?

- Tatuś z tobą. Za szybką w biblioteczce. Cztery lata miałaś, może pięć. Nad Soliną.

Magda popatrzyła na Darka. Darek wzruszył ramionami.

- Wszystko z półek poszło do kartonów - powiedział. - Są w piwnicy. Znaczy, książki poszły do skupu, bo ich było z pięćdziesiąt kilo, ale zdjęcia i takie tam powinny być w kartonie.

- Powinny być?

- No, pakowaliśmy szybko, bo ekipa przyjeżdżała z kanapą.

Zeszłam do piwnicy. Karton był. Mokry od dołu, bo rura przy ścianie lekko ciekła - zgłaszałam to administracji jeszcze w zimie. W środku: trochę papierów, stara lampa, porcelanowy talerzyk, którego nie poznałam. Zdjęcia nie było.

Wróciłam do mieszkania. Magda siedziała na tej nowej kanapie i pisała coś w telefonie. Darek oglądał zawiasy w szafce łazienkowej.

- Nie ma zdjęcia - powiedziałam.

- To może jest w drugim kartonie, mamo.

- Jest jeden karton.

Magda w końcu odłożyła telefon.

- Mamo, to było stare zdjęcie, pewnie gdzieś jest, poszukamy. Ale popatrz, jaki pokój jest teraz jasny, przestronny. Darek odmalował ściany, nowe listwy dał, nawet karnisz wymienił. Ciesz się.

Nie umiałam się cieszyć. I nie chodziło o kanapę - kanapa była w porządku, nawet wygodna, kiedy na niej usiadłam. Nie chodziło nawet o biblioteczkę, bo wiem, że korników nie miała, ale wiem też, że była stara i brzydka, obiektywnie patrząc. Chodziło o to, że ktoś wszedł do mojego domu i zdecydował za mnie, co jest mi potrzebne, a co nie.

Powiedziałam to Magdzie. Spokojnie, jak umiałam.

- Mogłaś zadzwonić. Jedno pytanie: mamo, chcesz, żebyśmy ci odświeżyli pokój? I ja bym powiedziała tak albo nie.

- Ale ty byś powiedziała nie - odpowiedziała Magda. - Jak zawsze. Jak ze wszystkim. Trzy lata siedzisz w tym mieszkaniu, jakby tata miał wrócić z pracy za godzinę. Jego kurtka wisi w przedpokoju. Jego kapcie stoją pod szafką. Ja to widzę, mamo, i mnie to boli.

Zamknęłam oczy. Bo Magda miała rację - Staszka kurtka nadal wisiała na wieszaku. Jego kapcie nadal stały pod szafką. Jego kubek - ten z napisem "Najlepszy tata" - nadal stał w suszarce, bo nie chciałam go wkładać do szafki.

- To nie znaczy, że możesz wyrzucać moje rzeczy - powiedziałam cicho.

- Twoje? - Magda podniosła głos. - Mamo, to były rzeczy taty. I one ci nie pomagają. Ty się za nimi chowasz.

Darek wyszedł do kuchni. Słyszałam, jak nalewa wodę z czajnika - chyba uznał, że to nie jest rozmowa dla niego. Miał rację.

- Magda - zaczęłam - ja wiem, że ty chcesz dobrze. Wiem, że się martwisz. Ale wyobraź sobie, że wracasz z urlopu, a ktoś wyniósł z twojego mieszkania rzeczy, które są dla ciebie ważne. Nieużywane, niefunkcjonalne, niepotrzebne nikomu poza tobą. I mówi ci: uciesz się.

Córka milczała. Patrzyła na tę nową kanapę, na białą szafkę, na odmalowane ściany. I zobaczyłam, że jej dolna warga drży - tak samo jak drżała, kiedy miała sześć lat i rozbiła wazon, i wiedziała, że zrobiła źle, ale nie umiała tego jeszcze powiedzieć.

- Ja chciałam, żebyś miała ładnie - powiedziała w końcu.

- Wiem, córeczko.

- I żebyś ruszyła do przodu.

- Wiem.

Nie przeprosiła tamtego dnia. Przeprosiła trzy tygodnie później, kiedy razem szłyśmy z cmentarza w Dzień Ojca. Powiedziała: mamo, przepraszam za te meble. Nie powinnam. Ja kiwnęłam głową, bo co miałam powiedzieć.

Zdjęcia nie znalazłyśmy. Musiało wypaść z kartonu albo w ogóle nie trafiło do kartonu. Darek mówił, że pamiętał je pakować, ale Darek pakował szybko, bo ekipa przyjeżdżała. Nie wiem, gdzie jest. Może leży gdzieś na śmietniku, mokre i zniszczone. Może ktoś je podniósł i wyrzucił do kosza. Nie wiem.

Ale wiem jedno - mam w głowie dokładny obraz tego zdjęcia. Staszek w koszulce polo, niebieskiej, z rozpiętym guzikiem. Magda w sukience w kwiatki, z warkoczami. Nad Soliną, na pomoście. Oboje się śmieją, bo za chwilę wpadną do wody - przynajmniej tak opowiadał Staszek, który to zdjęcie robił moim aparatem, prosząc jakąś turystkę.

Kanapa jest wygodna. Rozkłada się łatwo, jak Darek obiecywał. Na razie nikt na niej nie nocował.

A Staszka kurtka nadal wisi w przedpokoju. Na to się nie zgodziłam.