Syn zaprosił mnie do Norwegii na lato - "fiordy, mamo, zobaczysz". Fiordy widziałam z okna kuchni, przy zmywaniu. W sierpniu na placu zabaw Polka z sąsiedniego bloku zapytała, z której jestem agencji, bo ona "bierze dwa tysiące euro i mieszkanie".
Plac zabaw pachniał mokrą trawą po deszczu, a Oliwier właśnie wsadzał piasek do buzi trzeci raz w ciągu kwadransa. Wytarłam mu rączki chusteczką, posadzałam na kolanach i wtedy ta kobieta - blondynka w kurtce przeciwdeszczowej, może pięć lat młodsza ode mnie - usiadła obok i zagadała po polsku.
Skąd pani jest? Z Częstochowy. O, ja z Kielc. Dawno pani tu? Od czerwca. I jak agencja? Uczciwa? Bo ja biorę dwa tysiące euro miesięcznie i mieszkanie, ale koleżanka przez inną firmę dostaje więcej.
Patrzyłam na nią i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo ja nie byłam z żadnej agencji. Ja byłam mamą Bartka.
Nazywam się Jadwiga, ale nikt mnie tak nie wołał od lat - dla wszystkich byłam Jadzia. Sześćdziesiąt dwa lata, emerytowana nauczycielka biologii z liceum w Częstochowie. Dwadzieścia osiem lat przy tablicy, potem trzy lata na emeryturze, które wypełniałam spacerami po Jasnej Górze, hodowlą pelargonii na balkonie i tęsknotą za synem.
Bartek wyjechał do Norwegii osiem lat temu, zaraz po studiach. Informatyk. Ożenił się z Moniką, poznaną jeszcze na Politechnice Śląskiej, i razem osiedli w miasteczku pod Bergen.
Dzwonił regularnie, co niedzielę. Wysyłał zdjęcia - jasne mieszkanie w nowym bloku, między budynkami kawałek fiordu, Oliwier w kombinezonie zimowym na sankach. Piękne życie, takie z katalogu. Kiedy w kwietniu powiedział przez telefon - mamo, przyjedź na lato, pokażę ci fiordy, Oliwier cię nie zna, a Monika spodziewa się drugiego - poczułam, że serce mi pęknie ze szczęścia.
Spakowałam się w dwa dni. Kupiłam Oliwierowi pluszowego misia w barwach Częstochowy, Monice krem na rozstępy z polskiej apteki, Bartkowi jego ulubione krówki. Na lotnisku w Katowicach płakałam, a stewardessa podała mi chusteczkę i powiedziała - do syna? Tak, do syna. Do Norwegii. Fiordy.
Fiordy zobaczyłam pierwszego dnia. Bartek zawiózł mnie samochodem nad wodę, staliśmy na pomoście, wiatr pachniał solą i rybami, a ja płakałam znowu, bo było tak pięknie, że aż bolało. Bartek objął mnie i powiedział - widzisz, mamo? Warto było przyjechać.
To był ostatni dzień, kiedy widziałam fjord.
Od drugiego dnia zaczęło się życie. Bartek wyjeżdżał do pracy o siódmej, Monika o ósmej. Wracali - on koło piątej, ona o szóstej, czasem o siódmej. Oliwier miał dwa i pół roku i energię małego tornada. Nie chodził do przedszkola, bo - jak wyjaśniła Monika - norweskie barnehage jest drogie, a skoro babcia przyjechała...
Skoro babcia przyjechała.
Budziłam się o szóstej, robiłam śniadanie dla wszystkich. Bartek jadł w pośpiechu, Monika piła kawę na stojąco, a ja karmiłam Oliwiera owsianką, którą wypluwał na mój sweter. Potem myłam naczynia, odkurzałam, robiłam pranie.
Szłam z Oliwierem na plac zabaw, bo w domu roznosił wszystko. Wracałam, robiłam obiad. Bartek prosił o polskie jedzenie - rosół, schabowe, pierogi. Monika była w ósmym miesiącu i zmęczona, więc nic nie gotowała. Po obiedzie znowu sprzątanie, bo Oliwier przy jedzeniu zamieniał kuchnię w pole bitwy.
Wieczorami padałam na łóżko w pokoju gościnnym i patrzyłam w sufit. Za oknem było jasno do jedenastej, bo norweskie lato nie zna nocy, i ta ciągła jasność działała mi na nerwy.
Po dwóch tygodniach spytałam Bartka - synku, a może byśmy gdzieś pojechali? W weekend? Nad fjord, do Bergen, gdziekolwiek?
Bartek westchnął.
- Mamo, w weekend mam dyżur w pracy. I Monika źle się czuje. Może za tydzień.
Za tydzień było to samo. I za kolejny. Lipiec mijał, a ja znałam tylko trzy trasy - dom, plac zabaw, sklep spożywczy. Chodziłam po tym norweskim miasteczku jak duch - nie znałam języka, nie znałam nikogo, nie miałam samochodu. Raz próbowałam pojechać autobusem do Bergen, ale rozkład był tak skomplikowany, że po dwudziestu minutach na przystanku wróciłam do domu.
Monice robiło się coraz ciężej. Nie narzekała - ona nigdy nie narzekała, w ogóle mało mówiła. Uśmiechała się grzecznie, dziękowała za obiad, a ja czułam, że jestem dla niej czymś pomiędzy matką męża a pomocą domową. Raz zostawiła na blacie w kuchni listę zakupów - po norwesku, z polskimi dopiskami w nawiasach. Jakbym była nową pracownicą, która jeszcze nie zna systemu.
Bartkowi powiedziałam o tym wieczorem. Delikatnie, bo nie chciałam robić afery.
- Synku, ta lista na blacie...
- Jaka lista? A, Monika ci napisała, co kupić. Fajnie, nie? Żebyś nie musiała zgadywać w sklepie.
Nie o to mi chodziło. Ale Bartek nie zrozumiał, a ja nie umiałam wyjaśnić.
I wtedy przyszedł sierpień i plac zabaw, i ta kobieta z Kielc.
Biorę dwa tysiące euro i mieszkanie.
Szłam do domu z Oliwierem na rękach i myślałam o tym, co właśnie usłyszałam. Obca kobieta robiła dokładnie to, co ja - pilnowała cudze dziecko, sprzątała, gotowała. Tylko że ona dostawała za to pieniądze. Miała umowę. Miała wolne weekendy. A ja miałam poczucie obowiązku i bilet powrotny na wrzesień.
Tego wieczoru Bartek wrócił z pracy z butelką wina.
- Mamo, siadaj, pogadamy. Chciałem cię prosić... Monika rodzi pod koniec sierpnia. Mogłabyś zostać do października? Pomogłabyś nam z noworodkiem, Oliwier by się nie czuł odstawiony...
Patrzyłam na niego. Na mojego syna, który osiem lat temu wyjechał z Częstochowy z jedną walizką i marzeniem o lepszym życiu. Miał teraz mieszkanie na kredyt, samochód, żonę i za chwilę dwójkę dzieci. I matkę, która od dwóch miesięcy zmywała mu naczynia z widokiem na fjord.
- Bartek - powiedziałam spokojnie - dziś na placu zabaw kobieta spytała mnie, z której jestem agencji. Myślała, że jestem opiekunką do dziecka. Wynajętą.
Bartek zrobił się czerwony.
- Mamo, co ty...
- Poczekaj. Nie jestem zła. Ale chcę, żebyś zrozumiał, co ci powiem. Przyjechałam tu zobaczyć fiordy i spędzić czas z wnukiem. Nie przyjechałam zastępować opiekunki, na którą was nie stać. Albo stać, ale wolicie za darmo.
Cisza. Butelka wina stała na stole nietknięta.
- Zostanę do porodu - powiedziałam. - Pomogę w pierwszych dniach. Ale potem wracam do Częstochowy. A wy załatwicie to barnehage albo wynajmiecie kogoś. Z agencji.
Bartek milczał długo. Potem powiedział cicho - przepraszam, mamo. Monika urodziła córeczkę dwudziestego ósmego sierpnia. Dali jej na imię Hanna. Trzymałam ją pierwsza, zaraz po Monice, i pachnąca główką tej małej dziewczynki przypominała mi zapach Bartka sprzed trzydziestu pięciu lat.
Wróciłam do Częstochowy piątego września. Na lotnisku Bartek ściskał mnie tak mocno, że nie mogłam oddychać. W samolocie piłam herbatę z plastikowego kubka i patrzyłam na chmury pod sobą.
Pelargonie na balkonie przeżyły - sąsiadka Krysia podlewała. Mieszkanie pachniało kurzem i pustką, ale było moje. Moja kuchnia, moje naczynia, mój widok z okna na park z kasztanowcami.
Bartek dzwoni co niedzielę, jak dawniej. Wysyła zdjęcia Hanny. Oliwier poszedł do barnehage. Monika wróciła do pracy. Na Boże Narodzenie zapraszają mnie znowu.
Pojadę. Ale tym razem to ja ustalam warunki.